Miejsca i ludzie

Arka otwiera podwoje

W symbolice biblijnej Arka jest miejscem schronienia, bezpieczeństwa, ratunku. W czasach pandemii ta symbolika nabiera nowego, bardzo praktycznego znaczenia. Kiedy ponad dwadzieścia lat temu pastor Tadeusz Jarosz, założyciel Ewangelicznej Fundacji Przyjaciół Rodziny, szukał miejsca pod budowę Arki, jego wybór padł na ulicę Stanisławowską na Pradze-Południe. Jego wizją była opieka nad ubogimi rodzinami, a tutaj ich nigdy nie brakowało.

Od tamtego czasu Arka karmi, zaopatruje w żywność, ubiera i niesie ludziom przesłanie o Bożej bezwarunkowej miłości. To co było i jest w Arce ważne, to to, że za słowami muszą pójść czyny. Ludzie nie najedzą się słowami. Bez praktycznej pomocy choćby najpiękniejsze słowa stają się puste, Są „niczym miedź dźwięcząca i jako cymbał brzmiący”. Tak jak prawdziwej miłości nie wyrazi bukiet róż darowany raz w roku na walentynki, tak samo mówienie o miłości potrzebuje realnych i regularnych dowodów.

Gdy w programach informacyjnych radia i telewizji pojawiły się pierwsze wzmianki o zachorowaniach na wirus SARS-CoV-2, wszyscy przyjęliśmy to najpierw z niedowierzaniem, później próbowano zignorować ten fakt, wreszcie, w obliczu rosnącej liczby zarażonych, zareagowaliśmy lękiem, a w skrajnych przypadkach paniką. I dziś, kiedy stan epidemii trwa kolejny miesiąc, mamy cały wachlarz postaw i reakcji – od panicznego unikania kontaktu z innymi ludźmi, po ignorowanie faktu epidemii, a także całkowite zaprzeczenie tego faktu, szukanie winnych i snucie teorii spiskowych.

Na marginesie dodajmy, że zaprzeczenie jest typową reakcją obronną na przyjęcie faktów, na które nie jesteśmy gotowi…

Praska Arka również zamknęła swoje podwoje. Tętniące życiem korytarze i liczne pomieszczenia pogrążyły się w ciszy i pustce. Ustały spotkania terapeutyczne, warsztaty, treningi, kluby – młodzieżowy i dziecięcy. Ustała też wszelka pomoc żywnościowa… Posłuszni zarządzeniom państwa, a także z obawy o własne i innych bezpieczeństwo, z obawy przed zachorowaniem, pozostawaliśmy w naszych domach, wychodząc jedynie na zakupy. Na drzwiach Arki pojawił się duży plakat, informujący, że pomoc żywnościowa oraz wszelka inna aktywność zostaje wstrzymana do odwołania.

Jednak ta cisza nie mogła trwać wiecznie. Już po około dwóch tygodniach rozdzwoniły się telefony. Ludzie pytali o produkty z Banku Żywności i o chleb z Galerii Wypieków, który rozdawany był tu nieprzerwanie od ponad dwudziestu lat. Stałym bywalcom Arki nie mieściło się w głowie, że Czwartkowe Obiady, które były tu „od zawsze”, teraz nagle mają się nie odbywać… Z tych powodów my, zarządzający Arką, widząc w programach informacyjnych, z jakim narażeniem życia pracują na pierwszej linii frontu walki z koronawirusem lekarze, pielęgniarki i salowe, doszliśmy do przekonania, że pewne grupy zawodowe nie mogą sobie pozwolić na luksus unikania zagrożenia zarażeniem. I my też, jako personel fundacji charytatywnej, na taki luksus nie możemy sobie pozwolić…

Natychmiast przywróciliśmy działania pomocowe. Wykonaliśmy kilka telefonów. Pan Piotr Lubaszka zgodził się wznowić wydawanie nam chleba, Bank Żywności skierował nas do jednej z warszawskich hurtowni, a zaprzyjaźniona Fundacja Chrześcijańska Radość podzieliła się z nami swoim przydziałem żywości. Uruchomiliśmy na nowo naszą kuchnię, zakupiliśmy naczynia jednorazowe z przykrywkami. I już w kolejny czwartek nasi podopieczni, z zachowaniem przewidzianych procedur, mogli otrzymać talerz smacznej zupy, pieczywo i żywność do domu. Wymaga to dużo pracy od naszych wolontariuszy. Wszystko musi być zapakowane w sterylnych warunkach i przekazane w sposób bezkontaktowy. Ale uśmiechające się znad maseczek oczy są dla nas najlepszą zapłatą. I te słowa pana Rysia: „Dziękuję, że o nas nie zapomnieliście…”.

Jednak punktem kulminacyjnym tych działań pomocowych było „Wielkanocne śniadanie pod drzwi”.

Przez pięć dni praska Arka była bazą zakrojonej na szeroką skalę akcji, którą objęto ponad 2700 samotnych osób. W Arce krzyżowały się trasy dystrybucji darów, prowadzonej w ramach warszawsko-łódzkiej części większego projektu, w którym uczestniczyło pięć miast! Projektu, którego pomysłodawcą i inicjatorem był Mikołaj Rykowski, założyciel i szef Fundacji Wolne Miejsce. A lokalnie, w Warszawie, ciężar koordynowania akcji wzięły na siebie Ania Chojnacka i Ania Kułakowska. Dziękujemy im za nieprzespane noce!

Akcja odbywała się pod patronatem prezydenta m.st. Warszawy pana Rafała Trzaskowskiego, a nadzorował ją na miejscu pan Paweł Rabiej (na zdj. głównym), zastępca prezydenta odpowiedzialny w stołecznym ratuszu za zadania z zakresu ochrony zdrowia, polityki zdrowotnej i spraw społecznych. Osobiście rozkładał doniczki z żonkilami (dar telewizji Polsat) do papierowych toreb, którymi zastawiona była cała Arka.

Jak to się jednak stało że Arka przez szereg dni mogła przeżywać to miłe sercu oblężenie ochotników, piekących trzy tysiące babeczek, pakujących i sortujących tysiące podarunków i rozkładających do toreb pole żonkilowych doniczek?

Otóż mniej więcej dwa tygodnie wcześniej zadzwoniła nasza znajoma terapeutka, Ania Kułakowska, z nieśmiałym pytaniem, czy Arka może stać się bazą akcji „Wielkanocne śniadanie…”? O samej akcji słyszeliśmy, ale ponieważ nikt wcześniej nam nie przedstawił takiej propozycji, musieliśmy się chwilę zastanowić – bo epidemia, zarządzenia, bezpieczeństwo itd. Jednak po krótkiej naradzie zdecydowaliśmy, że… nie mamy wyjścia!

Wieczorem, gdy wracaliśmy z Arki do domu, żona zapytała, czy oddzwoniłem do Ani. Ups! Zapomniałem… Zadzwoniłem zatem z samochodu i zażartowałem: „Wiesz co, Aniu, decyzję podjęliśmy od razu, ale chciałem cię trochę potrzymać w niepewności!”. Nawet nie myślałem, jak mi się ten żart „udał”. Później Ania opowiedziała mi o tym, że byliśmy ostatnią deską ratunku komitetu organizacyjnego „Wielkanocnego śniadania…”. Wszyscy się bali. I wtedy ktoś wpadł na pomysł Arki, Ania zadzwoniła i długo czekali na odpowiedź. Przez moje zapominalstwo nie doczekali się, smutni, że miejsca nadal nie ma… Dopiero wieczorem odetchnęli z ulgą: Mamy miejsce!!!

Cieszę się, że Arka mogła służyć tak szlachetnemu celowi. Blisko trzy tysiące samotnych, schorowanych osób, często w starszym wieku, otrzymało pod drzwi wielkanocne śniadanie: żurek z jakiem i białą kiełbaską, tackę z faszerowanym jajkiem, kabanosem, pasztecikiem i innymi wędlinami. Do tego stroik, pięknie zapakowana lukrowana babeczka, pudełko herbatek i żonkil w pięknej ceramicznej doniczce. A ponieważ razem z żoną też odwiedziliśmy 30 adresów (co zajęło nam 7 godzin!), miałem okazję zobaczyć radość na twarzach obdarowanych, płynącą z faktu, że ktoś o nich pamiętał…

Jednak na największe uznanie zasługują wszyscy ochotnicy, którzy, wystawiając się na ryzyko zarażenia koronawirusem, zgłosili się w liczbie około 100 osób, by podzielić się sobą z innymi…

To był naprawdę imponujący widok, gdy w niedzielny poranek do Arki zaczęli przybywać ludzie w maseczkach (czasem całe rodziny, mama z córką, ojciec z synami). Szybkim krokiem przechodzili przez podwórko, żeby po krótkiej chwili zapakować dary do swoich aut i nie czekając na podziękowania, w pośpiechu odjechać, żeby rozwieźć śniadania potrzebującym. Dla nich jedyną motywacją było pomóc potrzebującym. I za to im chwała!

Dziś po tej akcji zostało w Arce już tylko trochę przekwitłych żonkili i pamiątkowe fotografie. Ale nasze podwoje nadal są uchylone i z każdym tygodniem uchylają się coraz szerzej. Nadal wydajemy żywność, pomału przymierzamy się do rozpoczęcia spotkań w małych grupach. Myślimy o przywracaniu Obiadów Czwartkowych w kilku turach (tak, żeby na sali nie było jednorazowo zbyt wielu osób). Gdy tylko władze stolicy otworzą więcej boisk, wznowimy treningi sportowe dla młodzieży.

I, trochę tak jak Noe, co rusz to wypuszczamy gołębia z Arki, by przekonać się, czy „ziemia po potopie już wyschła”. Czy można już całkiem szeroko otworzyć podwoje Arki.

Ale… jeszcze nie. Jeszcze trochę musimy poczekać…

Tekst: Paweł Jarosz
(na zdj. z żoną)

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *