Miejsca i ludzie

Chcę pokazać swoją wizję

Bartłomiej Gola cztery lata temu ukończył studia aktorskie w PWST we Wrocławiu. Jest także absolwentem aktorskiego Laboratorium Meisnera w Warszawie. W wieku dziewiętnastu lat zadebiutował rolą w filmie „Maraton tańca” Magdaleny Łazarkiewicz. Można go zobaczyć w teledyskach, reklamach, kampaniach społecznościowych („Zgoda na życie” i „Moja krew, Twoje życie”), filmach i serialach, m.in.: „Pierwsza miłość”, „Klan”, „Ojciec Mateusz”, „Bodo”. Film krótkometrażowy „Cisza” w reż. Iwony Bieleckiej, w którym zagrał główną rolę razem z Ewą Kasprzyk, został wielokrotnie nagrodzony na 48 Hour Film Project Poland. Współpracował z takimi reżyserami jak Wojciech Malajkat, Paweł Łysak, Remigiusz Brzyk i Robert Talarczyk. Pochodzi z Dąbrowy Górniczej, mieszka na Pradze-Południe. W nowym roku znalazł chwilę na rozmowę z naszą gazetą.
– Jak narodził się taki pomysł na życie?
– Bartłomiej Gola: Jestem osobą, która planuje dalekosiężnie. Już w gimnazjum zastanawiałem się, na jakie studia powinienem iść, a mając naturę zabawową, nie chciałem siedzieć za biurkiem i wkuwać. Doszedłem do wniosku, że najlepsze będą studia aktorskie. Kiedy już to wymyśliłem, zacząłem chodzić na różne zajęcia teatralne. Dość szybko okazało się, że aktorstwo to nie tylko sposób na przetrwanie edukacji, ale i moja pasja. Postanowiłem zdawać do szkoły teatralnej. Złożyłem papiery do sześciu uczelni i tak się złożyło, że wybrała mnie PWST we Wrocławiu, gdzie dostałem się od razu na… dwa wydziały – aktorski i lalkarski. Wybrałem aktorski.
– Jak poszedł egzamin wstępny? Czy zaskoczył Pan czymś komisję?
– Postanowiłem, że muszę się pokazać takim, jaki jestem na co dzień, a nie zasłonić się eleganckim garniturem. Słuchałem wtedy dużo muzyki hip-hopowej i odpowiednio się też do tego ubierałem, czyli nosiłem szerokie spodnie, miałem długie włosy z opaską pod kolor koszulki… Tak właśnie ubrany poszedłem na egzamin wstępny. Miałem świadomość, że albo zniechęcę komisję od razu, albo przekonam do siebie. Stało się to drugie. I tak zacząłem studiować aktorstwo, a przy okazji robiąc specjalizację taneczno-ruchową. Zdobyłem też kwalifikacje instruktora hip-hopu oraz uczęszczałem do Wrocławskiej Szkoły Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.
– Po studiach od razu znalazł Pan pracę?
– Dwa pierwsze lata po szkole były bardzo ciężkie. Miałem raczej „zajętość”, a nie pracę. A ja lubię pracować, a nie czekać na telefon.
– I dlatego przeniósł się Pan do Warszawy?
– To naturalna kolej rzeczy dla aktora. Jeśli studiuje się we Wrocławiu, a po szkole nie dostanie tam zatrudnienia, to przenosi się do Warszawy. Chociaż we Wrocławiu właśnie brałem udział w ostatniej produkcji Krzysztofa Krauzego „Ptaki śpiewają w Kigali”. Wiąże się z tym pewna historia. Grałem tam chłopaka głównej bohaterki, ale ostatecznie reżyserzy zdecydowali, że tego wątku w filmie nie będzie. Kiedy zobaczyłem na ekranie gotowy film, przyznałem im rację, nie było w nim miejsca na miłość.
– Czy w Warszawie posypały się propozycje?
– Moje pierwsze zlecenia tutaj, podobnie jak we Wrocławiu, to były reklamy. Przez 4, 5 lat zrobiłem ich około 25. Ale pracą, która zmieniła moje życie, jest działanie w szkole musicalowej sieci Broadway Musical School. Jestem tam kierownikiem części sekcji aktorskiej, szkolę instruktorów, jak powinni uczyć dzieci, współpracuję przy reżyserii projektów semestralnych i końcowych, a w tym roku będę reżyserował spektakl w szkole we Wrocławiu.
– A w czym Pan zagrał ostatnio?
– W Białołęckim Ośrodku Kultury jest na poły amatorski, na poły zawodowy Zespół Teatru 13. I tam zagrałem w sztuce „Lot nad kukułczym gniazdem”. W próbie zaistnienia na warszawskim aktorskim rynku jest to dla mnie nowy etap.
– Nie ostatni, bowiem właśnie stworzył Pan z kolegami Teatr Południe, z którym wystawił niedawno w Centrum Społecznym Paca 40 znakomitą adaptację sztuki „Don Juan” Moliera we własnej reżyserii.
– Od dawna chciałem zrobić coś swojego. Zawsze czułem, że mam dużo do powiedzenia w sferze reżyserii, ale nigdy nie miałem śmiałości, by o tym głośno mówić. Z drugiej strony praca instruktora niejako narzuciła mi rolę reżysera, bo przecież kontynuacja pracy warsztatowej to wystawienie spektaklu. Zaczęło się od pracy z dziećmi w małych formach teatralnych według moich scenariuszy. Potem były spektakle z udziałem także profesjonalnych aktorów. Zawsze też chciałem zrealizować „Don Juana”, tylko brakowało mi przestrzeni do pracy. Centrum Paca 40 dało mi tę możliwość. Powołałem zespół, zapytałem moich znajomych aktorów, czy zechcą dać swoje serce i oczywiście pieniądze, a także zaufać mi. Do udziału w projekcje zgłosili swój akces również koledzy i koleżanki, którzy zrobili scenografię, zaprojektowali kostiumy, skomponowali muzykę. Sądzę, że wszyscy znakomicie się sprawdzili. A ja utwierdziłem się w roli reżysera.
– Całkiem słusznie, bo spektakl był bardzo interesujący, na wysokim poziomie. Czy w ramach Teatru Południe (którego nazwa nawiązuje do Pragi-Południe, gdzie Pan nie tylko mieszka, ale i dla której pracuje) planuje Pan jakiś nowy projekt?
– Tak, są nowe pomysły. Musimy tylko złapać oddech, bo każda produkcja jest wyczerpująca, no i znaleźć na Pradze-Południe przestrzeń bardziej teatralną. Głównym naszym celem jest udział w festiwalach teatralnych. Zawsze marzyły mi się takie przeglądy, ale wyobrażałem sobie, że będę tam jeździł jako członek zespołu teatralnego. Teraz sądzę, że większą wartością dla mnie jest przedstawienie na festiwalu własnej realizacji, pokazania mojej wizji, tego, co się dzieje w mojej głowie.
Dziękuję za rozmowę
i mam nadzieję do zobaczenia
na jakiejś prawdziwej scenie,
bo jesteście tego warci.
Anna Lenar

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *