Kultura

Saska trzech pokoleń (2)

Tomasz Sikora, ceniony polski fotograf, opowiada o swoim ojcu, Stanisławie Sikorze, wybitnym rzeźbiarzu i medalierze, mamie Irenie, o pracowni na Saskiej Kępie, która przeszła w ręce wnuka Mateusza, również rzeźbiarza W poprzedniej części wspomniał on o dzieciństwie na Saskiej Kępie, m.in. wizycie Picassa, oraz kawiarniach. Przypomnijmy, że szukamy wspomnień szczególnie o jednej z nich…
Po kawiarni Frisco nie ma dziś śladu. To miejsce zostało zlikwidowane przez władzę ludową, jeszcze w latach 60., bo stało się niebezpieczne dla systemu. Teraz tam jest francuski bank. Może jednak zachowały się jakieś rysunki, zdjęcia tego miejsca?

Życie na Saskiej Kępie
Życie w naszej dzielnicy, zwłaszcza gdy jeszcze nie było telewizorów i telefonów, wyglądało zupełnie inaczej. Ludzie się nachodzili, gdy ktoś przechodził obok nas, to wpadał na chwilę. Ciągle jacyś znajomi przychodzili do rodziców – do mieszkania, do pracowni. Rozmawiało się, jadło, piło.
Gdy jednak pojawił się pierwszy telewizor, w latach 60., to też było niezwykłe. Wtedy kontakty z sąsiadami zrobiły się intensywniejsze. Tata miał większe zlecenie, zarobił pieniądze i kupił odbiornik. Mieliśmy pierwszy telewizor w kamienicy i wszyscy przychodzili na dziennik, na „Kobrę”, na „Zorro”. Przychodziły wszystkie dzieci, fajnie było. Pierwsze programy nadawano przez dwie godziny w tygodniu. Stopniowo program poszerzano, a Dwójka pojawiła się chyba w późnych latach 70.
Z czego żyliśmy? Ze sztuki. Ojciec był niesamowicie utalentowany. Zdobywał nagrody w Paryżu, w Nowym Jorku, potem wszystko się rozsypało. Tata lubił duże rzeźby, ale w pewnym momencie zachorował na żylaki (wcześniej uprawiał wszystkie możliwe sporty, z Marusarzem jeździł na nartach), nogi nie wytrzymały i musiał siedzieć, a nie da się robić dużych rzeźb na siedząco. I przestał.
Jeszcze w 1948 roku dostał zlecenie na wykonanie kilkudziesięciu rzeźb w Urzędzie Rady Ministrów. Są tam do dzisiejszego dnia – żadnych Leninów czy Stalinów, niektóre nawet wykuwane w białym marmurze z Carrary. Pracował nad tym dwa lata. Gdy skończył pracę, drzwi się zamknęły i do czasów Solidarności ani razu nie wolno mu było tam pójść, by pokazać swoją pracę żonie i dzieciom. Dopiero w 1980 roku ojciec mnie tam zaprowadził. Był wzruszony. Powiedział, że się niczego nie wstydzi, że to ma swój poziom. Pamiętam, że dokonano wtedy zamachu, wybuchł jakiś ładunek. Do ojca przybiegł kolega: „Staszek, uciekaj, bo muszą znaleźć winnego”. Ojciec szybko wyjechał na wieś. Potem kogoś znaleźli, a sprawa się rozmyła.
Tata zrobił społecznie trzy rzeźby (głowy), które stoją na Saskiej Kępie: głowę Prusa przy szkole, do której chodziliśmy, Żeromskiego przy dawnym kinie Sawa (teraz jest tam centrum handlowe) oraz Paderewskiego przy wejściu do Parku Skaryszewskiego.
Medalier
Ojciec brał udział w ponad czterystu wystawach. Wiele jego rzeźb i medali jest w różnych polskich muzeach. Został wybitnym medalierem. Często robił medale na zamówienie – dla instytucji państwowych, różnych organizacji, muzeów, stowarzyszeń. Robił też medale dla siebie i prezentował je w konkursach, dostawał nagrody, w tym pieniężne. Robił piękne rzeczy. Otrzymał między innymi pierwszą nagrodę i Złoty Medal na Międzynarodowym konkursie w Arezzo w 1965 roku za medal Dante Alighieri. „Wawrzyn Olimpijski”, który w 1969 roku zamówił u niego Polski Komitet Olimpijski, do dziś otrzymują artyści za twórczość o tematyce sportowej. Wzruszyłem się bardzo, gdy sam go otrzymałem.
Ojciec umieszczał na medalach wybitne postacie: Jana III Sobieskiego, królową Kingę, Fryderyka Chopina, Jana Pawła II (w 1979 roku ojciec zrobił pierwszy w Polsce medal, na którym papież podobny jest do siebie!), Józefa Piłsudskiego (zrobiony za czasów „Solidarności”), Marię Dąbrowską, Brigitte Bardot… Medale robił też w związku z rodzącymi się wnukami, nazwał je Initium vitae Christi. Zapisywał ważne, poruszające go zdarzenia, odczucia, tęsknoty. Tak powstały medale „W góry, w góry miły bracie” czy „Sen” (chłopiec łapiący gwiazdy). A jak zrobił medal, z którego był najbardziej dumny? Wyrzeźbił w gipsie kobietę, która doi krowę. Odłożył formę i gdy usłyszał w radiu, że sputnik wyleciał w kosmos, natychmiast skończył pracę. Na medalu, który nazwał „Nasze czasy” jest sputnik i dojarka.
Nikt nie wiedział, jak ojciec robi patyny, tylko my, dzieciaki. W pracowni nie było toalety, zimą ojciec chował pod śnieg swoje medale i jak chcieliśmy siusiu, mówił nam: „Idźcie tam!”. Tak powstawała patyna. Potem tylko lekko ją przecierał. A inni rzeźbiarze się głowili, jak otrzymywał tak piękną patynę.
Tuż przed jego odejściem udało nam się wydać książkę. Opowiada w niej o swoim ciężkim dzieciństwie, jak głodował. Była straszna bieda. Wiele kobiet po pierwszej wojnie światowej zostało samych z dziećmi, bez mężów. Jego ojciec zmarł na cholerę, gdy wracał z wojny. Nie dotarł do domu. Umarł w pobliskiej wsi. Tata widział go, będąc małym, trzyletnim dzieckiem, więc go nie pamiętał.
Gdy ojciec dorósł, wyjechał do Zakopanego. Razem z Kenarem uczyli się rzemiosła artystycznego w Szkole Przemysłu Drzewnego, rzeźbili laski góralskie i sprzedawali na Krupówkach. Raz w miesiącu ojciec jechał na wieś, dać mamie pieniądze.
Pracownia od nowa
Pod koniec jego życia pojechałem z ojcem do Zakopanego. Byliśmy w Halamie, w domu ZAiKS-u. Zawołał mnie do pokoju i powiedział: „Podejdź do okna, wyjrzyj!”. Patrzę, a tam… świerki. „Tu chciałbym umrzeć”, powiedział. Miał łzy w oczach, tak był związany z górską przyrodą.
Ojciec się bał, że gdy umrze, z jego spuścizną stanie się to samo, co z pracami Momota, który mieszkał piętro wyżej. Do pomieszczenia wpadli spadkobiercy rzeźbiarza i następnego dnia jego prace wyrzucano przez okno do ogrodu. Tata bardzo to przeżył. Na szczęście rok czy dwa przed śmiercią ojca udało mu się odkupić od państwa swoją pracownię. Cieszył się, że Mateusz będzie miał gdzie rzeźbić. Syn był już po studiach w Australii, wrócił do Polski. Przez jakiś czas razem nawet pracowali przy Obrońców.
Głowiłem się, co mam zrobić z pracownią, tam było tyle rzeczy. Jak je chronić? Szukaliśmy miejsca, gdzie można by było przenieść pracownię taty. Stworzyć stałą ekspozycję. W 2004 roku, niedługo po śmierci ojca, odtworzyliśmy ją w Muzeum Miejskim na zamku w Żywcu. Przenieśliśmy rzeźby, wyposażenie, medale, zrobiliśmy aranżację. Wstawiliśmy też ostatnią rzeźbę ojca – Chrystusika frasobliwego i butelkę niedopitego wina…
Mama umarła dwa miesiące po ojcu. Miała 83 lata.
Na budynku przy Obrońców 28/30 znajduje się tablica, którą zrobił mój Mateusz, wykorzystując pracę dziadka „W góry, w góry miły bracie”. Widnieje na niej napis: „Stanisław Sikora tworzył w tym domu w latach 1946–2000”.
Jak Mateusz urządził pracownię? Jest tam przestrzeń z dużym stołem, gdzie rysuje i pracuje ze swoją dziewczyną, malarką, Sylwią. On tam, niestety, nie może rzeźbić, bo by chałupę spalił, poza tym potrzebuje więcej przestrzeni, ponieważ tworzy duże rzeźby. Ma drugą pracownię na Sadybie. gdzie spawa swoje prace z metalowych kawałków.
Sprzedał ponad 100 rzeźb, ale trudno z tego wyżyć, materiał jest drogi, a pracuje się kilka miesięcy. Ciężko się przebić w dzisiejszych czasach, zrobić nazwisko. Sztuka figuratywna nie jest popularna. A Mateusz chce rzeźbić. Skończył college artystyczny w Australii, w którym im powtarzano: „Macie być niezależnymi artystami, żeby to, co robicie, było prawdziwe”. A teraz rzeźbiarze nie rzeźbą, tylko robią wideo-arty na trzecim roku studiów i wszyscy w to idą.
W ogrodzie koło pracowni stoi olbrzymia rzeźba mojego syna, a dalej druga. 12 lat temu uporządkowano ogród, powycinano krzaki, przygotowano miejsce pod rzeźby. Były nawet dwie czy trzy wystawy, ale potem zmienił się burmistrz, nie było pieniędzy. Akademia Sztuk Pięknych też nie mogła finansować otwartych ogrodów dla publiczności. Zostały tylko dwie rzeźby syna, trzy duże, betonowe prace Darka Kowalskiego i postumenty na rzeźby.

Moje pierwsze zdjęcia
A ja? Mówiłem już o dzieciństwie na Saskiej Kępie, o wędrówkach po Francuskiej. Była tam poczta, sklep spożywczy, bar mleczny, komis, a idąc do ronda Waszyngtona, po prawej stronie ulicy mijało się zakład fotograficzny. Tam oddałem do wywołania swój pierwszy film z druha. Pani mi powiedziała: „Będziesz dobrym fotografem, bo udało ci się naświetlić cztery klatki”. Na filmie było 12 klatek Miałem jakieś 8, może 9 lat, aparat dostałem pod choinkę. A co było na tych czterech zdjęciach, które udało mi się uchwycić? Chyba drzewo, udało mi się tylko dlatego, że słońce zaświeciło. Druh był takim aparatem, który miał stałą przesłonę 8 i czas migawki 1/50, a ponieważ film był niskoczuły, więc musiało być bardzo mocne, słoneczne światło, żeby się cokolwiek zarejestrowało na kliszy. W deszcz czy w pochmurny dzień nic nie wychodziło.
Tego druha rzuciłem w kąt i przez 5 lat nie robiłem zdjęć. Pasja fotografowania obudziła się we mnie dopiero, gdy miałem 17 lat. Któregoś razu narzeczony siostry przyszedł z profesjonalnym, porządnym, dużym aparatem. Wziąłem go do ręki, spojrzałem w obiektyw, przez okno i bardzo mi się to spodobało – wykraść taki obraz, zamrozić jakąś sytuację i mieć ją na zawsze. Fascynujące! Wtedy zdałem sobie sprawę z tego, jaka jest siła fotografii. Teraz zawsze mam przy sobie aparat, zawsze się natknę na coś interesującego, choćby na kota na ulicy „przyklejanego” do muru.

Wspomnień
Tomasza Sikory wysłuchała
Małgorzata Purzyńska

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *