Aktualności

Klient nasz pan

Za oknami wiosna, wiosna, panie sierżancie, więc powinno być radośnie i będzie, ale na początek trochę sobie pobiadolę.
Za czasów paskudnej komuny modne było hasło „Klient nasz pan”, a w każdym sklepie, w każdym zakładzie usługowym wisiała na sznurku książka życzeń i zażaleń wraz z przywiązanym doń ołówkiem, żeby w razie konieczności niezadowolony obywatel mógł się wyżalić. Czym się to czasami kończyło, mogliśmy obejrzeć w filmie „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz”. Jednakże sfrustrowana publika często z takiej możliwości wpisu korzystała. Dziś złożenie reklamacji graniczy z cudem albo przynajmniej jest znacznie trudniejsze.
Klient jest ciągle nasz pan, przyjaciel, superdama, do momentu zakupu. Miraż marketingowy, reklamowe baśnie i złotouści sprzedawcy rozwiewają przed nami uroki produktu i zalety usługi, a jak coś pójdzie nie tak, to szukaj wiatru w polu.
Bardzo lubię linie Wizzair, na przykład, ale złożenie reklamacji graniczy w nich z cudem, a telefonicznej jest w dodatku płatne. Nawet jeśli uda nam się nawiązać korespondencję, to i tak możemy mieć pewność, że zważywszy na gąszcz regulacji i przepisów, i tak nie będziemy mieli racji.
Ostatnio pojechałem na wakacje z TUI. Było super, ale w drodze powrotnej dano nam w samolocie nie te miejsca, za które specjalnie zapłaciliśmy. Obsługa samolotu stwierdziła, że oni nie są od tego, a w agencji, gdzie kupowałem wczasy, usłyszałem to samo.
I oto mam przed sobą człowieka, potrzebuję jego pomocy, a tu okazuje się, że to nie człowiek, tylko wyszkolona ludzka maszynka, która została zaprogramowana jedynie na jeden konkretny program. Odpowiedzi z innych programów nie są dostępne.
I tak dobrze, jeśli w ogóle została zaprogramowana. Ostatnio, na przykład, wchodzę do Carrefoura w Promenadzie i widzę świeże figi, ale nie ma ceny. Obok stoi pani z personelu, więc pytam, czy może mi podać cenę. „Ja nie wiem, to ktoś tu niedawno położył”, pada odpowiedź.
Druga pani też nie wiedziała. Miał ktoś przyjść z tego działu, ale nie przyszedł. Ja wyszedłem. Carrefourowi w Promenadzie gratuluję personelu i tych, którzy go szkolili.
No i już pobiadoliłem sobie, to teraz będzie optymistycznie.
Po pierwsze, optymistycznie nastroiły mnie wakacje na słoneczku, ale nie tylko dlatego, że ciepełko, palmy, opalenizna itp. Przede wszystkim i po drugie dlatego, że… od pierwszego dnia padliśmy sobie nawzajem w ramiona czterech małżeństw. Ludzie różnych zawodów, z różnych miast w Polsce, mniej więcej w podobnym wieku, mnie w to, rzecz jasna, nie wliczając, ale jakoś dałem sobie radę z „młodzieżą”. Dawno nie pamiętam takich wakacji, takich przyzwoicie zakrapianych radosnych wieczornych spotkań, takich niekończących się rozmów i wspólnych wyjazdów. Na pytanie, co nam się najbardziej na wakacjach podobało, odpowiadamy zgodnie: TOWARZYSTWO.
To niewiarygodne, że przeżyliśmy dwa tygodnie bez polityki, narzekania i biadolenia, a za to uśmiechnięci, w dobrym humorze i luzackim nastroju. To się prawie nie mogło zdarzyć, a jednak. Można? Można!

Kochani, wiosna idzie… spróbujcie.
Krzysztof Turowski

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *