Miejsca i ludzie

Z Łodzi do Kumbum

Przedstawiamy dzisiaj Państwu kobietę wielu talentów – podróżniczkę z powodzeniem zajmującą się fotografią, publicystkę i reportażystkę, mecenasa kultury, działaczkę społeczna i miłośniczkę Saskiej Kępy. Oto cała Elżbieta Sęczykowska.
– Czy od zawsze mieszka Pani na Saskiej Kępie?
– Nie. Pochodzę z Łodzi, ale mieszkam na Kępie od 1975 r. Stąd pochodził mój mąż i jego rodzice. I cóż, wtedy polubiłam Saską Kępę.
– A za co ją Pani pokochała?
– Nie będę tu specjalnie oryginalna, bo myślę, że my, saskokępianie, wszyscy lubimy to miejsce z tych samych powodów. To enklawa skupiająca nie tylko ciekawych ludzi, takich niesztampowych, ale jest to miejsce wyodrębnione fizycznie – ograniczone z jednej strony Wisłą, z drugiej parkiem Skaryszewskim, utopione w zieleni. Poza tym, rzeczą charakterystyczną dla Saskiej Kępy jest to, że mieszkają tu ludzie aktywni, którym chce się coś robić, którym zależy na zmianach.
– Z wykształcenia jest Pani historykiem sztuki, ale tak naprawdę nie jest to Pani zawód.
– Moim pierwszym zawodem jest fotografia, na co wpłynęła filmowa Łódź. Skończyłam bardzo dobrą szkołę fotografowania, poznałam ciekawych ludzi ze świata filmu i teatru. Studiów fotograficznych nie mogłam skończyć, bo taki wydział wówczas nie istniał. Zdecydowałam się na historię sztuki, która w miły sposób uzupełnia wiedzę o sztuce, ale nie wyobrażam sobie, żeby to była moja praca. Mam inny rodzaj ekspresji. Fotografowanie było moją pierwszą pracą – najpierw w warszawskim Muzeum Narodowym a potem w Łazienkach.
– Czy to właśnie fotografowanie było trampoliną do podróży?
– Podróże, i to dalekie, były moim marzeniem od najmłodszych lat. Czytałam dużo książek podróżniczych, przygodowych, oglądałam atlasy, globusy.
– A później, już w dorosłym życiu, daleka Azja była Pani pierwszym celem?
– Nie, bo nie było wtedy takich możliwości, ani finansowych, ani logistycznych. Zaczynałam od zwiedzania Europy. Zawdzięczałam to swojej pierwszej pracy w Muzeum Narodowym, gdy zorganizowano objazd naukowy po Europie. Podróż odbywała się autokarem, wieźliśmy własne jedzenie i prymitywny sprzęt turystyczny, ale było mi wszystko jedno, chciałam tylko zobaczyć, jak wygląda świat. No cóż, ta pierwsza konfrontacja ze światem ukrytym dla nas „za kratami” skończyła się wielkim pragnieniem, żeby oglądać go jeszcze i jeszcze. Tak naprawdę zaczęłam podróżować po Europie gdy otworzyły się granice.
– Nieco później otworzyły się dla Pani i granice z Azją. Jak to się stało?
– Miałam zaprzyjaźnioną grupę germanistów, z którymi jeździłam do Berlina, wówczas Zachodniego, gdzie poznałam znakomitych artystów chińskich. Na początku lat 90. prezentowałam tam swoją wystawę fotografii. Po zakończeniu poznani w Berlinie chińscy przyjaciele zaproponowali przeniesienie jej do Pekinu. Jak ja się cieszyłam! Choć na początku propozycja wydawała mi się abstrakcyjna z racji spodziewanych problemów organizacyjnych, nie mogłam odpuścić takiej okazji. Koniec końców nie było tak źle z formalnościami, a i mój chiński przyjaciel Rougu bardzo mi pomógł ze wszystkim.
– Wyruszyła Pani sama?
– Nie. Ponieważ mogłam wziąć ze sobą osobę towarzyszącą, w czerwcu 1992 roku wraz z moją koleżanką Sylwią weszłam na pokład samolotu i poleciałyśmy na nasze pierwsze w życiu spotkanie z Azją. Po kilkunastu godzinach wylądowałyśmy bezpiecznie na lotnisku w Pekinie. Targały mną obawy, czy ktoś po nas wyjedzie. Dlatego też nie mogłam uwierzyć, gdy już z daleka zobaczyłam stojącą wprost na płycie lotniska delegację z gigantycznych rozmiarów transparentem, na którym widniało bezbłędnie napisane moje imię i nazwisko. Zaprowadzone do luksusowego samochodu, pojechałyśmy do najnowocześniejszego wówczas hotelu Sheraton, gdzie osobiście powitał nas jego dyrektor. Czułam się jak gwiazda filmowa. Nadmiar wrażeń oraz inna strefa czasowa nie pozwoliły nam zasnąć, więc postanowiłyśmy wyjść i zanurzyć się w pekińską rzeczywistość.
– I tu zapewne zaczęła się prawdziwa chińska przygoda.
– Z niespodziewanym zakończeniem… Pekińska rzeczywistość szybko okazała się stojącym powietrzem zatopionym w koszmarnym smogu i brakiem tego czegoś nieuchwytnego, co chciałam ujrzeć, dotknąwszy azjatyckiej ziemi. Włóczyłyśmy się z Sylwią po dzielnicy ambasad i nowoczesnych hoteli, nie wierząc własnym oczom, że tak łatwo i szybko rozprawiono się z pozostałościami cennego dziedzictwa. Podczas wędrówek ulicami uginałam się pod ciężarem sprzętu fotograficznego. Niemal umierając z pragnienia w gigantycznym upale, zaczęłyśmy rozglądać się za czymś zimnym do picia. Z trudem znalazłyśmy sklepik i wszedłszy do niego, zobaczyłyśmy wysokiego białego mężczyznę robiącego zakupy. Mocno zaskoczone jego obecnością zaczęłyśmy po cichu wymieniać komentarze na jego temat, chichocząc rozbawione. Nieźle byłyśmy zaskoczone, gdy po wyjściu ze sklepu okazało się, że nieznajomy czekał na nas i czystą polszczyzną powitał słowami: „Dobry wieczór paniom”. Z miejsca też entuzjastycznie zareagowałyśmy na propozycję pogawędki w pobliskiej restauracji. Okazało się, że mieszkamy w sąsiednich hotelach i chętnie wziął na siebie rolę przewodnika po Pekinie. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że los nas połączy, a Ryszard zostanie moim życiowym partnerem. Rok później już razem powróciliśmy do Chin.
– A potem były wspólne podróże do Mongolii, Tybetu…
– W warunkach zimowych i letnich. Na zamówienie Telewizji Polskiej nakręciliśmy z operatorem dwa filmy z misteriów związanych z obchodami Nowego Roku w tybetańskim klasztorze Kumbum. To było prawdziwie karkołomne przedsięwzięcie od strony organizacyjnej. Ale przeżycie ogromne. Później powstały kolejne filmy na temat Mongolii i południa Chin.
– Ze swoich azjatyckich podróży pisała Pani reportaże do pism podróżniczych, ale pokłosiem ich były także wystawy fotograficzne.
– Pierwsza wystawa nosiła tytuł „Kolor Mongolii”, potem pokazałam fotografie z południa Chin o rybakach, którzy łowią ryby dzięki pomocy… kormoranów.
– Dlaczego przestała Pani podróżować dalej niż na Mazury, nad Bałtyk czy w Tatry?
– Przez wiele lat ograniczeniem w dalekich podróżach było posiadanie licznych zwierząt. Założyliśmy z Ryszardem farmę jeleni na Mazurach. Hodowaliśmy tam także 300 owiec i ponad 20 koni. To było wspaniałe miejsce, niestety, w którymś momencie pokonała nas popegeerowska rzeczywistość. Ale to opowiadanie na inną okazję.
– Rezultatem Pani podróży były fotografie i artykuły. Dlaczego tak późno zaczęła Pani opowiadać o tym w książkach?
– Sama nie wiem, jak to się stało. Miałam potrzebę rejestrowania tego, co przeżyłam, ale realizowałam ją w krótkich formach. Natomiast książki zaczęłam pisać z potrzeby podróżowania. Byłam uwięziona w domu, bo moje psy zestarzały się i nie mogłam sobie pozwolić na dalsze wyjazdy. Mojego partnera życiowego nie było wtedy w Polsce, więc cóż, pewnie chciałam uciec od zwyczajności życia i wrócić choćby pamięcią do tych kolorowych, intensywnych przeżyć.
– A jak na fotografa przystało miała je Pani w pamięci bardzo wyraźnie.
– To prawda, łącznie z zapachami, które nie wywietrzały pomimo upływu czasu.
– Czy ma Pani coś w planach wydawniczych?
– Tak. Nie potrafię powiedzieć nic o terminie, bowiem wiąże się to z kolejnym wyjazdem, tym razem do Afryki. Chciałabym napisać o Saharze i Tuaregach. To oczywiście jest wielkie wyzwanie, ale myślę, że i wspaniała przygoda.
– Pozostało nam zagłębić się w jeszcze jedną sferę Pani zainteresowań – mecenatu sztuki?
– Kilka lat temu założyłam z dwoma partnerami Fundację Cultura Memoriae, zajmującą się promocją i ochroną polskiego dziedzictwa kulturowego, tożsamości narodowej oraz upowszechnianiem wiedzy historycznej i kulturalnej. Realizujemy projekty z obszaru kultury, ale zajmujemy się także historią Polski. Współpracujemy z grupą kombatantów
– Zaczęło się od więźniarek obozu w Ravensbrück…
– To prawda. Wydobyliśmy, śmiem twierdzić, z niebytu historię tego obozu. Początek dał kontakt z Klubem Kobiet Ravensbrück, który zaowocował dużym projektem edukacyjnym. Biorą w nim udział szkoły ponadpodstawowe, a polega na przygotowywaniu młodzieży do rejestrowania wspomnień ostatnich świadków historii wojennej. Dzisiaj kontakty z kombatantami rozszerzyły się, podjęliśmy współpracę ze Światowym Związkiem Żołnierzy AK, głównie z Okręgiem Warszawa. Przygotowujemy dla nich co roku 500 paczek świątecznych, a także organizujemy wielki koncert w Filharmonii Narodowej, na który przychodzą weterani i młodzież uczestnicząca w tych projektach.
– Żeby domknąć naszą rozmowę o Pani potrzebie angażowania się w coraz to inne obszary aktywności, trzeba powiedzieć o Pani działaniach lokalnych. Przewodniczyła Pani Radzie Święta Saskiej Kępy, co było zajęciem tyleż interesującym, co karkołomnym.
– To święto jest dla nas, mieszkańców, bardzo ważne. I może dlatego, pomimo różnic światopoglądowych, sposobów patrzenia na sztukę i pomysłów na organizację Święta Saskiej Kępy oraz stu rzeczy, które nas dzielą, co roku udaje nam się stworzyć jakąś płaszczyznę jednoczącą ludzi. Uważam za ważne, że mogę brać udział w tym procesie łączenia.
Dziękuję za rozmowę.
Anna Lenar
Od 11 stycznia w Muzeum Ziemi PAN można oglądać wys-
tawę fotografii p. Elżbiety pt. „Tryptyk wschodni”.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *