Felietony

Wszyscy bądźmy nauczycielami języka polskiego

Jako wiceburmistrz, spotykam się często z najstarszymi mieszkańcami dzielnicy. Słyszę wtedy słowa krytyki pod adresem ludzi młodych. Seniorzy narzekają głównie na ich język i brak kultury. No cóż… narzekanie na młodzież istnieje od zawsze. Ci, którzy dziś narzekają, też byli młodzi i im także starsi zarzucali brak kultury i niedbałość językową.
Zmiany zachowań są zauważalne w każdym pokoleniu, a język wciąż się rozwija. Zgadzam się jednakże z krytykami pod jednym względem: trudno przechodzić obojętnie obok złej polszczyzny. W szkole, na ulicy, w urzędzie. Polacy coraz mniej czytają, ich język jest coraz mniej literacki, a młodzież coraz częściej swoją wiedzę o otaczającym świecie czerpie z telewizji, bądź „surfując” w internecie i portalach społecznościowych. Tym samym jej wzorce językowe są wątpliwej jakości. Sam przed chwilą użyłem słowa, które do tej pory oznaczało pływanie na desce po wysokich falach, a dzisiaj jest synonimem szperania w sieci. To jest jednak efekt ewolucji języka, której wrogiem nie jestem.
Kwestią bezspornie przerażającą jest nieustannie postępująca wulgaryzacja, która dzisiaj występuje nie jako element języka używanego przez margines społeczny, lecz pojawia się w sytuacjach niemal oficjalnych, na przykład w języku polityków czy dziennikarzy. Nierzadko sięgają oni po wulgaryzmy, by urozmaicić swoją wypowiedź, dodać ekspresji swej wypowiedzi. Najczęściej jest jednak obrazem ich braku kultury osobistej. Nawet w parlamencie, gdzie obraźliwe gesty i okrzyki od niedawna znalazły się na porządku dziennym. Jest to zjawisko, które nigdy wcześniej nie występowało w tym miejscu w takim natężeniu.
Wulgaryzacji języka sprzyja również wspomniany wyżej rozwój internetowych kanałów informacyjnych. Są nim głównie fora dyskusyjne i portale społecznościowe, które rozwijają się nad wyraz dynamicznie i są niezwykle popularne. Życie młodej części społeczeństwa zostało niemal w całości przeniesione do sieci. Co ważne, etykieta obowiązująca w komunikacji internetowej różni się od etykiety językowej używanej w rozmowie twarzą w twarz. Fora internetowe, będące też miejscem wymiany poglądów, pełne są kłótni i wulgarnych określeń. Dlaczego tak się dzieje? Otóż, ukrywając się pod tzw. „nickiem”, czyli pseudonimem, można w sieci dowolnie obrażać innych, czyli „hejtować” (od ang. hate – nienawidzić), nie ponosząc za to odpowiedzialności. W rozmowie w cztery oczy tej odwagi wielu z „hejterów” zapewne by zabrakło. Taka swoboda wpływa na językową agresję. Komunikacja internetowa wymusza krótkie i schematyczne wypowiedzi (np. Twitter), co przekłada się na używaną w internecie polszczyznę. Nagminnie rezygnuje się przy tym z formuł grzecznościowych, polskich znaków i interpunkcji. Kaleczy się język ojczysty.
Dochodzi do tego powrót do pisma obrazkowego. Największą rolę odgrywają w tych komunikatach tzw. emotikony, czyli „buźki” wyrażające np. emocjonalny stan nadawcy. Stwierdzenie „cieszę się” zostało zastąpione emotikoną smile :-), a wyrażenie zgody na coś następuje poprzez popularne „lajki”. Szybkość i oszczędność wypowiedzi przekłada się niestety na ubóstwo słownictwa. Długie listy (szczególnie miłosne) zastąpione zostały SMS-ami lub pełnymi emotikonów komunikatami w telefonie. Z drugiej strony pozwala to jednak znaleźć nić porozumienia ludziom obcym, posługującym się różnymi językami.
Język polski obfituje ponadto w slangi różnych grup społecznych – zarówno o charakterze politycznym, jak i społecznym. Wytwarzają one wiele nowych słów, w tym pojęć wulgarnych (pedolibki lub lewolibki, jako osoby lubiące określone grupy społeczne). Często również nadają nowe znaczenia wyrazom obecnym już w polszczyźnie („masakra” w znaczeniu „coś głupiego”).
Z tym aspektem zmian współczesnego języka polskiego wiążą się nagminne i czasem bezmyślne zapożyczanie z języka angielskiego. To także wynik internetowej korespondencji z ludźmi z całego świata. W zapożyczenia z języka angielskiego obfitują głównie potoczna gwara uczniowska i studencka, oraz różne zawodowe żargony, czyli tzw. corpo language, języki korporacyjne. I tak mamy np. shopping, zamiast polskiego „robienia zakupów”, i deadline w miejsce „ostatecznego terminu”. Wraz z anglicyzmami wkracza do tego skrótowego sposobu komunikowania się także wulgarność. O ile bowiem często stasowany jako pytanie skrót „WTF?” wygląda niegroźnie, o tyle jego tłumaczenie na język polski jest już nad wyraz wulgarne.
Najważniejszym kryterium stała się zatem ekonomiczność wypowiedzi i powszechność języka, jego „umiędzynarodowienie”. Dlatego młodzi ludzie coraz chętniej używają krótkich komunikatów („WOW!”, „LOL!”), zdrabniają wyrazy lub skracają wyrażenia („nara”, „wporzo”, „dziena”), rezygnują z ortografii i spolszczają wyrazy angielskie (lajk, fejs, szerowanie – jeśli ktoś „szeruje” coś w internecie, to znaczy, że dzieli się tym z innymi użytkownikami).
Czy mamy z tym walczyć? Z wulgarnością na pewno. To obowiązek każdego z nas. Ponieważ jednak walka z nowinkami językowymi przypomina donkiszoterię, warto zadbać, by nasze dzieci używały nowego języka roztropnie, nie zapominając o poprawnej polszczyźnie. Z drugiej strony należy także pamiętać, że im sprawniejszy język, tym łatwiejszy i skuteczniejszy staje się kontakt z otoczeniem. Prof. Jan Miodek uważa, że granice naszego języka są granicami naszego świata. Co na to nauczyciele? Chętnie poznam Państwa zdanie na ten temat.
Język jest bardzo istotną częścią naszego stosunku do otaczającego świata. Nie zapominajmy też, że przez wieki język polski był jedną z oznak patriotyzmu. Przez lata zaborów dbaliśmy o niego, a niektórzy – jak dzieci z Wrześni – płacili za jego używanie wysoką karę. O tym pamiętajmy i tego uczmy najmłodszych.
Myślę też, że Polacy przestali wymagać od siebie poprawności językowej, gdyż poczuli się niezagrożeni. Przez ostatnie lata żyli w kraju, który rozwijał się w imponującym tempie, zajął ważne miejsce w Europie, młodzież zaczęła jeździć po świecie, kontaktować się rówieśnikami już nie na zasadzie biednego krewnego, lecz coraz częściej partnera. Dlatego chyba zapomnieliśmy o potrzebie językowej higieny. Należy jednak nieustannie nad tym pracować. Rodzice powinni wymagać od dzieci starannej i poprawnej wymowy, szkoła musi zwracać uwagę na kształcenie językowe, a sami nauczyciele, i to wszystkich przedmiotów, powinni być językowym wzorem dla najmłodszych. Wychowawcy nie staną się przyjaciółmi młodzieży, mówiąc do nich „narazka ziomy”… Staną się autorytetem, mówiąc poprawną polszczyzną.
Krytykujmy zatem stale pogarszającą się sprawność językową i wulgarność, ale nie hamujmy rozwoju języka. Wszyscy bądźmy nauczycielami nowoczesnego języka polskiego.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *