Miejsca i ludzie

Grochowiak z Ostrowi Mazowieckiej

Z wykształcenia polonista i reżyser filmowy. Z zawodu dziennikarz. Z zamiłowania szynkarz, animator i badacz peryferyjnych obszarów kultury niskiej i wysokiej. Rozmawiamy z Cezarym Polakiem, który mieszka i prowadzi dwie klubokawiarnie na Grochowie.
– Klubokawiarnia to pojęcie, dla ludzi pamiętających czasy PRL, wiążące się z salką w małym miasteczku czy na wsi, gdzie można było w oparach dymu papierosowego oglądać mecz w telewizji, wypić zalewaną w szklance kawę albo mocniejszy trunek wyciągnięty spod stolika. Czasem przyjść na jakieś spotkanie ze znaną osobą. Czym dzisiaj jest, to modne w miastach, ubrane w inną już szatę miejsce?
– To miejsce, które w pasie transmisyjnym kultury pełni funkcję pośrednią. Dla młodych twórców – wiekiem lub stażem, którzy są w okolicach debiutu, klubokawiarnia jest pierwszym miejscem spotkania z publicznością przyjaźnie nastawioną. Ale jest to też miejsce spotkań wszystkich ze wszystkimi. Kawa już nie w szklankach, piwo rzemieślnicze, rzemieślnicze lody, a pisarz na wyciągnięcie ręki, a nie za zielonym stolikiem.
– Pochodzi Pan z Ostrowi Mazowieckiej. Co spowodowało, że „słoik” pokochał akurat warszawski Grochów?
– Mieszkańcy Grochowa to w dużej mierze przybysze, lub ich potomkowie, ze wschodu Polski, o czym przekonać się można, zerkając na dzisiejszy plan dzielnicy. Nazwy niektórych ulic, wytyczonych w latach 20. i 30., pochodzą od miejscowości, z których przybywali osiedleńcy. Stąd mamy: Dubieńską, Mlądzką, Pułtuską, Garwolińską, Makowską, Czapelską, Męcińską, Łukowską i wiele innych.
Grochów jest prawdziwy. Choć poważnie w ostatniej dekadzie naruszony przez deweloperów, zachował cudowny klimat sennej, przyjaznej atmosfery małego miasteczka, zarówno pod względem urbanistyki, jak i obyczajowości. Tak jak przed wojną, po niedzielnej sumie, odświętnie ubrani grochowiacy gremialnie udają się na ciastko do cukierni. Lubią rozmawiać, sypać anegdotami i ciętymi ripostami.
Część podsłuchanych na Grochowie dialogów starałem się przełożyć na papier w moim rozdziale antologii „Literacki melanż z Pragi”. Spacerując w okolicach placu Szembeka można odbyć podróż w czasie. Zatopione w zieleni przedwojenne wille i czynszówki, opatrzone starymi tabliczkami z nazwiskami właścicieli, z fantazyjnymi balustradami na balkonach. Podwórka z pielęgnowanymi przez mieszkańców rabatami, stolikami i ławeczkami, przy których latem kwietnie życie towarzyskie. To bardzo przypomina Ostrów Mazowiecką z mojego szczęśliwego dzieciństwa. Grochów jest reliktem Warszawy nowoczesnej, funkcjonalnej, o której marzył Stefan Starzyński. W wizji legendarnego prezydenta nasza okolica miała być świetnie skomunikowaną z centrum wielkomiejską dzielnicą ogrodem, elementem zielonych płuc miasta. Mało kto pamięta, że jeszcze w drugiej połowie lat 30. na Olszynkę Grochowską, Gocławek i Witolin przyjeżdżali z lewobrzeżnej Warszawy… letnicy! W czasach PRL traktowano Grochów, podobnie jak całą Pragę, jako gorszą, sypialniano-fabryczną część miasta i nie lokowano tu urzędów ani placówek kultury o ponad lokalnym znaczeniu. Nie modernizowano starych kamienic. Andrzej Stasiuk pisał o wypełnionych węglem furmankach ciągnących ulicą Grochowską.
Dziś decydenci często patrzą na Grochów i Pragę przez pryzmat Śródmieścia Warszawy. Weźmy handel. Władza uważa, że powinien się odbywać w galeriach, a bazar jest czymś złym i go likwiduje. „Różyca” może ochronią, bo jest obok Muzeum Pragi, ale inne targowiska w niedalekiej przyszłości mogą upaść. „Szembek”, mimo, że dobrze prosperował, został okrojony, żeby zbudować tam banalny biurowiec i galerię handlową.
– Chyba się jednak na Pradze zmieniło, stała się modna.
– To prawda. Ludzie dostrzegają, że stosunkowo tanio można tu kupić świetne mieszkania w kamienicach z lat 20-30. Ciche, wysokie, doświetlone. Że jest blisko do centrum. Że nareszcie powstają kawiarnie i knajpki, w których można pokrzepić się nie tylko rzemieślniczym piwem i dobrym espresso, ale także obejrzeć film, spotkać się z pisarzem, posłuchać jazzu.
Pojawili się aktywiści, realizujący na Grochowie wartościowe kulturalne i społeczne projekty.
– Tak, jak Pan, otwierając klubokawiarnię Kicia Kocia dedykowaną Mironowi Białoszewskiemu.
– Kicia Kocia powstała przede wszystkim po to, by gromadzić kapitał społeczny, być miejscem działań artystycznych, wymiany poglądów, spotkań towarzyskich. Gdy trzynaście lat temu zamieszkałem na Grochowie, moja znajomość okolicy ograniczała się do wiedzy na temat największej bitwy Powstania Listopadowego. Zacząłem szperać w bibliotekach i odkryłem, że w pobliżu mieszkali i pracowali ważni dla mnie pisarze: Edward Stachura, Miron Białoszewski, Marek Bieńczyk i Andrzej Stasiuk. Poznałem rodzinę Baliszewskich, która nieprzerwanie od XVIII wieku jest związana z Grochowem. A zamieszkałem w klimatycznym, starym mieszkaniu w modernistycznej kamienicy przy Al. Waszyngtona. I poczułem, że jestem ćwierć krwi Grochowiakiem (śmiech).
– Po co Panu druga klubokawiarnia, skoro Kicia Kocia ma taki sukces?
– Przestrzeń „Kici Koci” nie jest przystosowana do działań, które podejmujemy Jak robimy tam spektakl teatralny, to dla innych zostaje mała sala obok, gdy jest spotkanie literackie, to nie parzymy kawy, żeby nie hałasować. Te dwa pawilony w Parku Polińskiego wydawały nam się idealne. Jedna sala kawiarniana, druga – wystawowo-koncertowo-spotkaniowa. A w Całej Jaskrawości możemy zrobić to wszystko, czego nie mogliśmy zrobić w Kici Koci, lub zrobić to bardziej spektakularnie. Czyli koncerty, spektakle, kabarety, stand-upy, spotkania literackie, wszystkie nasze szalone mistrzostwa, np. w jedzeniu rurek z bitą śmietaną, grochowskich oczywiście z ronda Wiatraczna, czy bicie rekordów w piciu oranżady, też grochowskiej. To nie tylko zabawa. W ten sposób promujemy lokalnych producentów, rzemieślników. Po naszych mistrzostwach, na przykład, oranżadę zaczęły kupować lokale hipsterskie po tej i drugiej stronie Wisły. Była wystawa starych zdjęć, będą spotkania poświęcone starej grochowskiej piekarni z ogromnymi tradycjami, historii Osiedla Młodych, Parku Polińskiego – w tym roku jest 55 rocznica założenia tego zieleńca. Teraz jest wystawa zdjęć grochowsko-paryskiej pary.
– O, to ciekawa historia.
– Tak. Fotograf Jean-Marc Moser zakochał się w grochowiance, Dorocie Baer, a później w Grochowie. Na co dzień, na zlecenie paryskiego merostwa, fotografuje zabytki stolicy Francji, ale temat życia znalazł na Grochowie. Twierdzi, że okręcając się wokół własnej osi na rondzie Wiatraczna, można prześledzić, jak kształtowała się historia XX-wiecznego miasta. Mamy tu ceglaną piekarnię, obok przedwojenną czynszówkę, pawilony handlowe z lat 50., później budynek, który architekturą przypomina miks Ursynowa z São Paulo, następnie neorenesansowy Dom Słowa Bożego, dalej bazar, który wyrósł po 1989 r., Universam Grochów, czyli pierwszą PRL-owską galerię handlową, peerelowskie kaskadowce z wielkiej płyty, kondominium mieszkaniowe z lat 90., biurowiec ze szkła i granitu, kamienicę z lat 30., której ściana służyła za ekran pierwszego kina powojennej Warszawy. Na szczytowej ścianie kolejnej czynszówki do niedawna znajdował się jedyny w czasach PRL trójwymiarowy mural z gigantyczną skorupą kurzego jaja.
– Dla kogo zatem otworzył Pan Całą Jaskrawość?
– Dla wszystkich Grochowiaków. Mamy różne propozycje i każdy może znaleźć coś dla siebie. Są u nas potańcówki i koncerty rockowe, mistrzostwa w grze w kapsle i spotkania z wysoką literaturą. Będą pokazy filmów nakręconych przez studentów grochowskiej Akademii Filmu i Telewizji. Były opowieści o grochowskim kibucu. Spotkania magistrantów i doktorantów, którzy bronią swoich prac naukowych przed publicznością. Jest dla całej społeczności, która buduje się wokół niej. Tych, którzy przynoszą meble, książki do biblioteki parkowej. Wielu staje się naszymi przyjaciółmi.
Zależy mi na tym, żeby dyskutować o Grochowie nie tylko przez pryzmat Bitwy pod Olszynką. Prawie wszystkie parki w naszej okolicy noszą nazwy związane z historią narodowo-wyzwoleńczą. Czczeni i honorowani są tylko żołnierze, ale przecież wojny i bitwy to tylko część przeszłości tego fragmentu miasta. Grochowiacy bili się o niepodległość nie tylko z bronią w ręku. Walczyli o wolność ekonomiczną i gospodarczą. Na przykład na legendarnym „Szembeku” przy ul. Zamienieckiej, pierwszym bazarze powojennej Warszawy, który powstał zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej, jesienią 1944 r. Bohaterami godnymi upamiętnienia są producenci rurek z bitą śmietaną czy oranżady. Grochowscy rzemieślnicy, którzy wygrali bitwę o handel w czasach stalinowskich, przetrwali trudne dla prywatnej inicjatywy czasy Bieruta, Gomułki, Gierka, Jaruzelskiego.
– To były przyjemne rzeczy, teraz porozmawiajmy o problemach.
– Mieliśmy i mamy mnóstwo kłopotów technicznych, zupełnie od nas niezależnych – drogie, elektryczne ogrzewanie, brak wentylacji, którą musieliśmy sami założyć, zła akustyka w salce przeznaczonej na koncerty. Trzeba ją doposażyć w kotary lub wygłuszające ekrany, bo niektórzy muzycy odmawiają występów. Niepraktycznie zaprojektowane pomieszczenia, zawilgocone ściany, dach do naprawy. Z tego powodu opóźnia się start cyklu występów stand up, kabaretu oraz spektakli teatralnych. To bardzo utrudnia nam pracę, nie możemy lokalu wykorzystywać w pełni.
– Jednak budujecie wokół Całej Jaskrawości klimat towarzyski i społeczność, uznającą ją za swoje grochowskie miejsce.
Anna Lenar

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *