Publicystyka

Marzenia o „mojej” telewizji

„Kto ma telewizję, ten ma władzę” twierdził w 1981 r. ówczesny wicepremier Mieczysław Rakowski. Niestety, to myślenie pokutuje do dziś, choć wcale prawdziwe nie jest. Przekonał się o tym chociażby Lech Wałęsa, dominujący w ówczesnej telewizji publicznej, a który, mimo to, przegrał wybory prezydenckie z Aleksandrem Kwaśniewskim. Jednakże takie dzisiejsza władza jest nie tylko przekonana o potędze „publicznych” mediów, ale wręcz zrobiła z nich tubę propagandową, jak za czasów Rakowskiego, tylko na niższym poziomie.
Nie zamierzam krytykować PiS czy prezesa Kurskiego, gdyż koń, jaki jest, każdy widzi w TVP i słyszy w Polskim Radiu. Dlaczego? Ponieważ na samej krytyce, choćby najbardziej słusznej, daleko się nie zajedzie. Protestować trzeba, wyrażać obywatelski sprzeciw należy, ale trzeba też umieć zaproponować konkretne, lepsze rozwiązania. Pozwolę sobie zatem zgłosić kilka przemyśleń odnośnie „publicznych mediów”.
W 1991 r. prezesem Komitetu ds. Radia i Telewizji był śp. Marian Terlecki. Pytał wówczas wielu ludzi, w tym podpisanego niżej, jako człowieka znającego media w innych krajach, jak zreformować telewizję.
Moja odpowiedź była prosta: zburzyć „starą telewizję” i zacząć budować media od początku. Oczywiście nie chodziło mi o gmach na Woronicza, ale o instytucję. Moim zdaniem nie było możliwe zarządzanie instytucją, w której działało 26 związków zawodowych i w której najmniej do powiedzenia mają dziennikarze. Reforma w końcu przyszła, podzielono Komitet ds. Radia i Telewizji na dwie spółki i na tym zmiany się skończyły. Jednocześnie obie spółki miały na siebie zarobić, rywalizując z mediami prywatnymi, a na dodatek miały realizować społeczną misję edukacyjną i kulturotwórczą. Telewizja i radio dostawały wszak pieniądze z abonamentu (tyle tylko, że nie wymyślono wówczas sposobu na jego skuteczne ściąganie). Oczekiwania wobec tychże mediów rosły, a dochody malały. Nie było pieniędzy na misję, bo dla rządzących liczyła się wartość propagandowa tych instytucji, a nie ich jakaś tam społeczna rola. I tak tułały się obie instytucje od wyborów do wyborów. Raz było spokojniej i lepiej, a raz sztywniej i gorzej, aż dotrwaliśmy to czasów dzisiejszych.
Obecny rząd od dwóch lat szuka pomysłu na efektywne ściąganie abonamentu. Co pomysł, to gorszy. Nie wiem, dlaczego nie można by zastosować wzorców z innych krajów, na przykład z Belgii czy Francji, gdzie ściągalność jest niemal stuprocentowa? A może abonament to przeżytek?

To nie są „media publiczne”!

Problem w tym, że stacje telewizyjne i radiowe, wchodzące w skład państwowych spółek, nazywa się mediami publicznymi. Jakie to „media publiczne”, skoro publika nie ma żadnego wpływu na ich program? Nie oszukujmy się. To są MEDIA PAŃSTWOWE. A skoro tak, to powinny być utrzymywane z budżetu państwa, czyli z naszych podatków. Pod warunkiem, że w istocie będą wypełniały misję społeczną i kulturotwórczą, że na przykład do TVP 1 wróci teatr telewizji lub wartościowe filmy, itp., itd. Oczywiście pozostawiłbym programy informacyjne i publicystyczne, w których byłaby obiektywna, rzetelna informacja i debata, a nie propaganda i potępieńcze swary.
Wówczas TVP i PR nie będą musiały konkurować z mediami prywatnymi, nadając debilne programy w rodzaju „Rolnik szuka żony”. TVP nigdy w tej konkurencji nie wygra! Ktoś powie, że stworzono kanały tematyczne, TVP Kultura czy TVP Historia. I jaką mają oglądalność? Nie wyedukujemy społeczeństwa, nie podniesiemy jego poziomu niszowymi programami.
Odchodząc zatem od nazewniczej fikcji, przekształćmy obecne spółki w instytucje państwowe. Przykłady można znaleźć choćby za Odrą – np. ZDF czy Deutsche Welle, lub za Kanałem La Manche – np. BBC.
I tu dochodzimy do zasadniczego pytania: kto będzie mianował zarząd i rady programowe tych instytucji? Skoro mają być państwowe, jak ministerstwa, to powinien ich powoływać prezydent na wniosek premiera. Logiczne? Tak, ale…
Publiczne media powinny stać się instytucjami wyższej użyteczności publicznej i jako takie winny mieć zarząd wybierany w konkursie. Ktoś powie, że to żaden pomysł, bo Kurski też wygrał konkurs, ale przecież dobrze wiemy, że nie był to konkurs na stanowisko prezesa TVP, tylko na… Kurskiego.
A gdyby tak członków rad programowych, które oceniałyby kandydatów, desygnowałyby nie partie polityczne, ale związki twórcze, wyznaniowe, związki zawodowe i pracodawców? Wydaje mi się, że dałoby się stworzyć iście apolityczną i społeczną reprezentację, pozwalającą w efekcie na wyłonienia dyrektora fachowca, który, wierzę, byłby gwarantem niezależności.
A partie? Partiom dałbym po kwadransie dziennie, niech tam głoszą swoje hasła.
Pewnie większość czytelników westchnie po lekturze powyższych wynurzeń – marzyciel z pana, panie Turowski. A ja odpowiem: kiedyś też tylko marzyliśmy o wolnej Polsce, i co?

Krzysztof Turowski
wieloletni korespondent
we Francji i Belgii

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *