Miejsca i ludzie

Człowiek z N.O.R.Y

Rozmowa z Krzysztofem Konradem – aktorem z dorobkiem wielu ról teatralnych i filmowych, reżyserem, scenarzystą, autorem tekstów piosenek i nauczycielem w Zespole Szkół nr 37 im. Agnieszki Osieckiej na Saskiej Kępie.
– Jak to się stało, że absolwent technikum kolejowego, specjalista od telekomunikacji, założył artystyczną klasę w Technikum Łączności?
– Po skończeniu szkoły średniej poszedłem na studia aktorskie w PWST we Wrocławiu. Utrzymywałem jednak kontakt z jedną z nauczycielek z mojego technikum, która uczyła już wtedy w Technikum Łączności w Zespole Szkół przy al. Stanów Zjednoczonych. Ówczesny dyrektor szkoły Eugeniusz Śniegowski powiedział jej, że poszukuje kogoś do prowadzenia zajęć w klasie artystycznej liceum. Ona na to, że zna kogoś takiego i zapyta czy zechce.
– I zadzwoniła do Pana, zapytała, a Pan zechciał…
– Tak. Pochodzę z rodziny nauczycielskiej i widocznie jest we mnie gen nauczania. Zdecydowałem się spróbować i próbuję już tak siedemnaście lat. Chyba skutecznie, bo z moją pierwszą klasą utrzymuję do dzisiaj kontakty i śmiało mogę powiedzieć, że są to moi przyjaciele. Regularnie chodzimy do klubów i jeździmy razem na rowerach.
– Czego Pan te dzieciaki uczył w klasie artystycznej?
– To była klasa humanistyczna z nieoficjalnym rozszerzeniem na zajęcia dodatkowe, po lekcjach. Szczerze mówiąc, na początku uczyłem je… przeklinać. Po polsku i z przekonaniem. Rzucanie inwektyw, jako przecinków, jest bezsensowne. Przekleństwo to, jak nazwa wskazuje, klątwa i musi mieć swój ciężar gatunkowy. Prosiłem ucznia: „stań na końcu sali i rzuć jakieś przekleństwo, tak z przekonaniem, żeby mnie obrazić”. A kiedy już to zrobił, mówił: „tak, to się czuje”. „No właśnie człowieku”, odpowiadam, „to są emocje i my wyrażania tych emocji będziemy się uczyć”. No i tak się zająłem stroną aktorską artystycznego kształcenia młodzieży, a stroną wokalną Borys Somerschaf, dyrygent, kompozytor, wokalista i aranżer. Szczęśliwie dla mnie jest to człowiek, który uważa, że kiedy się śpiewa trzeba myśleć o tym, co się śpiewa.
– I tak powstał Teatr N.O.R.A., czyli Nadwiślańskie Oddziały Rezerw Artystycznych, zespół propagujący przede wszystkim twórczość Agnieszki Osieckiej.
– No, cóż patronat zobowiązuje, więc śpiewamy Osiecką. Co wcale nie jest łatwe, bo nie tylko o samo otwieranie szeroko ust i mówienie wyraźnie tu chodzi, ale o przekazanie treści – jeśli kochasz, to pokaż, jeśli nienawidzisz, to pokaż. Staram się w moich uczniach budzić przede wszystkim uśpione emocje. A to już jest aktorstwo.
– A kto wymyślił tę niebanalną nazwę teatru?
– Dostaliśmy na nasze zajęcia pomieszczenie po dawnym warsztacie ślusarskim. Gdy weszliśmy do niego po raz pierwszy, jedna z dziewczyn powiedziała „Ale nora!”. Odpowiedziałem „tak nora, ale…” i szybko wymyśliłem jakieś znaczenie tego słowa. Tak powstały Nadwiślańskie Oddziały Rezerw Artystycznych.
– No dobrze, śpiewać każdy może, ale jakiegoś wyboru Pan dokonuje?
– Przychodzi do naszej nory każdy z pierwszoroczniaków, który zechce. Jest to około 20 osób. Przynajmniej tyle zaczyna. Jeżeli mają zacięcie, talent aktorski, skupiamy się na formach bardziej teatralnych, jeżeli dzieciaki są bardziej utalentowane wokalnie, koncentrujemy się na piosence. Na przykład w klasie maturalnej, która zdała w maju maturę i poszła sobie, miałem dwanaście dziewcząt, które śpiewały jak słowiki i można z nimi było pracować na głosy. Sięgnęliśmy więc po największe przeboje z musicali. Ale mieliśmy i takie roczniki, gdy wystawialiśmy spektakle. Na przykład, „Listy śpiewające” Agnieszki Osieckiej.
– Przychodzi pierwsza klasa, artyści przez rok się docierają, potem dwa lata pracy i zabawy i przychodzi matura… Odchodzą i trzeba wszystko zaczynać od nowa. To trudna praca.
– Część z nich, tych najbardziej wypróbowanych, na moją prośbę o pomoc w ważnej imprezie robi to bez wahania. Ale mam też satysfakcję, że kilkoro z absolwentów N.O.R.Y to dzisiaj zawodowi aktorzy, m.in. Adam Fidusiewicz (niezapomniany Staś Tarkowski z ekranizacji „W pustyni i w puszczy” z roku 2001), a także kilka artystek Teatru Rampa.
– Jak wygląda codzienna praca z „norowcami”?
– Niełatwo. Mam mentalność sierżanta. Krzyczę na nich, rzucam krzesłami, wymagam, żeby znali tekst. Nie ma czytania z kartki. Jeżeli ktoś nie przychodzi raz, drugi, trzeci, to mówię „przepraszam, nie mogę na ciebie liczyć” i żegnamy się. Zajęcia są dwa razy w tygodniu po trzy godziny, oczywiście po lekcjach, a gdy zbliża się premiera, trzeba pracować dłużej i częściej. Nie wszyscy to wytrzymują, ale ci, którzy zostają, przychodzą do mnie już jako ludzie dorośli, przynoszą zdjęcia swoich dzieci, a mnie serce z dumy pęka.
– Czego uczą się dzisiaj licealiści w klasie artystycznej?
– Mają historię teatru i dramatu, którą wykładam, umuzykalnienie prowadzone przez Borysa Somerschafa, antropologię kultury, wiedzę o kulturze oraz dodatkowe godziny historii powszechnej i języka polskiego.
– Nieźle. Ciekawe jak długo da się to utrzymać przy „dobrej zmianie”? Słyszałam, że organizuje Pan mutację N.O.R.Y?
– To taka młodsza siostra. Zajęcia artystyczne międzyszkolne. W tej chwili przygotowujemy nowy projekt dla Biura Edukacji Urzędu m.st. Warszawy. Jeżeli przyznają na to pieniądze, wyślemy informacje do warszawskich szkół o takim koncepcie. Przez pół roku będziemy spotykać się z młodzieżą i przygotowywać wspólnie spektakl, który wystawimy na koniec roku. W poprzednich edycjach zrobiliśmy „Alicję w krainie czarów”, „Małego księcia” i spektakl pantomimiczno-taneczny przygotowany zresztą przez jedną z uczestniczek projektu.

Życzę powodzenia.
Dziękuję za rozmowę

Anna Lenar

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *