Miejsca i ludzie

Skazani na sukces

Któż z saskokępian, ba, mieszkańców prawobrzeżnej Warszawy, a pewnie i innych części stolicy, nie zna cukierni „Irena” przy ulicy Zakopiańskiej? Kto nie posmakował ciasta drożdżowego, nie zachwycił się mazurkami, pączkami i słynnymi florentynkami wychodzącymi spod ręki cukierników, dowodzonych przez Zenona Łukaszuka i jego żonę Elżbietę?
– Jaka jest historia słynnych florentynek z „Ireny”?
– Elżbieta Łukaszuk: Florentynki i cantucci przywieźliśmy z podróży do Włoch. Tam próbowaliśmy, a w domu, drogą prób i błędów, postanowiliśmy dojść do tego, jak się robi te włoskie ciasteczka. Nasze cantucci jest bardziej delikatne niż włoskie, ale pewna Włoszka, która je próbowała, powiedziała, że są może nawet lepsze niż oryginalne. Do florentynek dodajemy natomiast swoje owoce.
– Wiem, że robią Państwo wszystko ręcznie. Czy także owocowe przetwory?
– Tak. Kupujemy mniej pryskane jabłka od zaprzyjaźnionego ogrodnika spod Grójca. Sami, całą rodziną, obieramy je, prażymy i przygotowujemy mus. Podobnie robimy z gruszkami, wykorzystywanymi do keksu i właśnie florentynek zamiast moczonych w konserwantach moreli. Mamy mleko i śmietanę z jednej od lat, sprawdzonej mleczarni spod Siedlec, a sery przywozimy z Garwolina. Jaja zaś od stałego dostawcy, który ma małe kurniki, a kury chodzą sobie wolno. Musu czekoladowego nie robimy z proszku dostarczanego w workach, ale z czekolady i śmietany, pasteryzujemy i nie jest gotowy w 15 minut tylko za cztery godziny.
– To ilu mają Państwo pracowników w tej manufakturze?
– Piętnaście osób i cała rodzina – to znaczy my z mężem i dzieci – córka Magda i syn Michał, który teraz ma własną kawiarnię. Nasza załoga pracuje razem 16 lat. To naprawdę świetni pracownicy. I taka nasza duża rodzina, w której opowiada się o kłopotach i radościach domowych. Gdy wyjeżdżamy, mają na wszystko baczenie, także na nasz dom, ogród i pracownię.
– A skąd Państwo mają przepisy na swoje słodkości?
– Niemal wszystkie odziedziczyliśmy po pani Irenie Grucowej, założycielce cukierni.
– Mieściła się wtedy jeszcze przy Francuskiej 16…
– Tak. I tam właśnie mój mąż uczył się sztuki cukierniczej. Przejął cukiernię w 1970 roku. Dwadzieścia lat później znalazł się prawny właściciel kamienicy i musieliśmy „Irenę” przenieść do naszego ogrodu przy Zakopiańskiej 20.
– Technologia też jest dawna?
– Praktycznie ta sama, co za czasów pani Grucowej. Pączki zwijamy ręcznie, smażymy je na smalcu, podobnie jak faworki, do ciasta drożdżowego nie dodajemy wody ani mleka. Ciasto na pierniki dojrzewa trzy miesiące. Jesteśmy doceniani nie tylko przez klientów. Mąż został w tym roku wiceprezesem Cechu Rzemiosł Spożywczych.
– Czy przy takim ogromie pracy macie Państwo czas na jakieś pasje?
– Ja codziennie lub co dwa dni trenuję nordic walking, a mąż biega maratony. Początkowo jego pasją był tenis, ale gdy zaczął go boleć bark, przerzucił się na bieganie. W 2014 r. przebiegł sześć maratonów, zdobywając Koronę Polskich Maratonów. W najbliższym czasie biegnie maraton wrocławski, poznański i warszawski.
– Co jest największym hitem cukierni?
– Od zawsze makowiec i florentynki. Dzisiaj modna jest beza i robimy tego bardzo dużo. Poza tym ciasta owocowe, pierniczki, mus czekoladowy, tiramisu, no i ciasto drożdżowe. Także mazurek florentynkowy, nasz oryginalny przepis.

Zrobiło się bardzo słodko i pysznie. Dziękuję pani Elżbiecie za rozmowę i przenoszę się na pl. Przymierza, do „Café Irena” Michała i Mai Łukaszuków.
– Jaka jest historia „Café Irena”?
– Michał Łukaszuk: Zaczęło się od tego, że mój tato zauważył przed 13 laty ogłoszenie o sprzedaży mieszkania przy placu Przymierza. Powiedział nam o tym, gdy akurat szukaliśmy mieszkania, poszliśmy zobaczyć i bardzo nam się spodobało. Gdy już je kupiliśmy, doszliśmy do wniosku, że nie będziemy tu mieszkać, tylko urządzimy kawiarnię. Prawdę powiedziawszy, duchem sprawczym pomysłu byli tato i mama, którzy podpowiedzieli, żebyśmy razem z Mają mieli coś własnego.
– Tata pewnie miał pewnie najwięcej do powiedzenia?
– O tak, był głównodowodzącym. Ja jeszcze wtedy studiowałem finanse przedsiębiorstw.
– Maja Łukaszuk: A ja księgowość i finanse przedsiębiorstw.
– Bardzo odpowiednie kierunki do prowadzenia własnej firmy. Jak to było z pomocą taty w rozkręceniu przedsięwzięcia?
– Michał: Wiadomo, że miał duże doświadczenie, więc specjalnie nie protestowałem przeciwko jego pomysłom i słuchałem rad. Na początku było to zresztą jego przedsięwzięcie – filia „Ireny” z Zakopiańskiej.
– Maja: Przez pierwsze cztery lata była tutaj tylko cukiernia.
– Czy długo ojciec musiał Pana namawiać do założenia własnej firmy?
– Michał: Nie. Właściwie w jakiś sposób byłem skazany na uczestniczenie w rodzinnej firmie i nie żałuję tego.
– A rodzice biorą teraz udział w Państwa decyzjach dotyczących kawiarni?
– Michał: Nie, absolutnie. Wpadną może raz w tygodniu na kawę. Narad rodzinnych też nie robimy, chociaż to może i błąd, ale póki jest król i królowa, niech będzie tak, jak dotąd. A my jesteśmy gotowi do ciężkiej pracy i firmy nie zostawimy.
– Ale bazujecie na wyrobach z Zakopiańskiej?
– Michał: Tak, ale mamy też autorskie propozycje, mianowicie minigastronomię – śniadania, kanapki, sałatki, które przygotowujemy na miejscu. Mamy także wino, no i kawę przyrządzaną według własnych przepisów baristycznych.
– Nie jesteście zatem konkurencją dla rodziców. „Café Irena” ma własną atmosferę…
– Maja: Także własną, wierną klientelę, coraz zresztą liczniejszą. A dla nas to drugi dom.
– Jak wygląda wasz dzień pracy i podział obowiązków?
– Michał: Zajmuję się głównie zaopatrzeniem, przygotowywaniem kanapek, robieniem sałatek. To moja praca od szóstej do dwunastej w południe. O ósmej już działa ekspres, można wejść, kupić kawę na wynos. Jestem kelnerem, kucharzem, baristą i fachowcem od naprawy wszystkiego.
– Maja: A ja wstaję rano, odprowadzam dzieci do przedszkola i szkoły, jestem w kawiarni już od dziewiątej i cóż, robię wszystko. Od księgowości, przez podawanie, do mycia podłogi. Oboje też jesteśmy w kawiarni po południu, czasem do wieczora.
– Hit „Café Irena”?
– Śniadania, kanapki i kawa.
– Słyszałam, że ojciec zaraził Pana bieganiem?
– Michał: To prawda. I robię to z przyjemnością. Biegam maratony i ultramaratony. Ostatnio zdobyłem pierwsze miejsce w półmaratonie warszawskim w grupie mieszkańców Pragi-Południe i dostałem puchar od burmistrza Kucharskiego. Bieganie połączone z podróżowaniem to moje hobby, w którym towarzyszy mi Maja.
Dziękuję za rozmowę
Anna Lenar

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *