Publicystyka

Kosztowny chaos oświatowy

Czy naprawdę powinniśmy bać się reformy oświaty? Z wielu powodów odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Jednak na pewno wytycza ona najgorszą, możliwą perspektywę 59 nauczycielom, którzy na skutek jej wprowadzenia stracili pracę na Pradze-Południe. O poniesionych kosztach aż przykro pisać, gdy się pomyśli, na co mogły zostać spożytkowane. Szkoły pękają w szwach. W wielu z nich trzeba było np. przerobić część kuchni lub pomieszczeń technicznych na dodatkowe sale lekcyjne.
Czarny scenariusz wdrażania reformy pani Zalewskiej mówi o 59 osobach, które straciły pracę w naszej dzielnicy, ale sytuacja jest dynamiczna i może się jeszcze zmienić. Trwają roszady, zmiany arkuszy organizacyjnych szkół, nauczyciele szukają najlepszych dla siebie rozwiązań, by nie być skazanymi na wędrówki do kilku szkół w poszukiwaniu pełnego etatu, a dyrektorzy łatają dziury w zatrudnieniu. Oficjalną liczbę zwolnionych w naszej dzielnicy poznamy w połowie września.
Aby do końca uświadomić sobie rozmiar katastrofy dla zwolnionych, należy ich liczbę pomnożyć przez 3 albo 4, czyli liczbę członków ich rodzin oraz bliskich. Gdy do tego dodamy uczniów i ich rodziców rozczarowanych zmianą nauczycieli oraz dołożymy jakość nauczania, bo wielu zwolnionych to znakomici pedagodzy z wiedzą, umiejętnościami i doświadczeniem, to cena PiS-owskiego eksperymentu zastraszająco rośnie.
Pisaliśmy już wielokrotnie, jakie są koszty finansowe wdrożenia reformy. Państwu zostawiam pod rozwagę, na co można by przeznaczyć w naszej dzielnicy 7,5 miliona złotych, jakie musimy wydać, by dostosować budynki do nowych wymogów, od nowa urządzić pracownie, zapłacić odprawy zwalnianym nauczycielom i dokupić pomoce szkolne. Twórcy i piewcy reformy niestrudzenie przekonują jednak i wyliczają, że ta operacja nam wszystkim się opłaca.
Paradoks związany z zatrudnieniem nauczycieli polega na tym, że… najtrudniej znaleźć chętnych do pracy w przedszkolach. Inżynierowie polskiej oświaty operują danymi makro, ale na poziomie lokalnym nie da się ot tak wymienić nauczycieli gimnazjalnych na przedszkolanki. Urzędnikom z ministerstwa łatwo powiedzieć: „wszystkim dzieciom należy umożliwić dostęp do przedszkoli”. Gorzej, gdy trzeba to zadanie zrealizować, posiadając taką a nie inną bazę placówek oświatowych, kadry i finansów. Gdzie są dzisiaj wizjonerzy, państwo Elbanowscy, walczący o to, by sześciolatki nie poszły do szkoły? Widzimy tylko ich obłudę. To my, samorządowcy, musimy poradzić sobie z chaosem i ciasnotą w przedszkolach.
Nieciekawa jest sytuacja nauczycieli gimnazjalnych. Przez ostatnie lata nabywali nowe kwalifikacje, uczyli się, jak uczyć w gimnazjum, a teraz okazuje się, że za dwa lata zostaną na lodzie. Bo ich kwalifikacje nikomu nie będą już potrzebne. Jeśli będą chcieli zostać w zawodzie, muszą po raz kolejny odbyć nowe szkolenia i studia.
À propos chaosu, jaki czeka nas w roku 2019, gdy zderzą się ze sobą dwa roczniki – uczniowie kończący gimnazjum i absolwenci klas VIII. Szkoły nie są z gumy, trudno im będzie pomieścić wszystkich chętnych, nawet jeśli władze zdecydują, że w budynkach pogimnazjalnych stworzą dodatkowe szkoły średnie. W szkołach ( w naszej dzielnicy są dwie takie), które łączą obecnie wygaszane gimnazjum i szkołę podstawową, trzeba będzie wówczas przeprowadzić dwa ogólnopolskie egzaminy: na koniec klas ósmych i na koniec gimnazjum. To niewyobrażalny wysiłek organizacyjny dla dyrektorów.
Inne pytanie, jakie warto sobie zadać brzmi: gdzie jest dyskusja rządu z rodzicami? Pani premier Szydło kazała wrzucić do kosza blisko milion (!) głosów społecznego sprzeciwu wobec reformy systemu oświaty! Tak właśnie obecny rząd słucha wyborców. Głosi swoją zakłamaną „prawdę”, nie zważając na wyniki badań, z których wynika, że aż dwie trzecie badanych rodaków chciałoby, żeby reformy oświaty nie było. Na nic liczne protesty społeczne i alarmujące głosy ekspertów. Reforma musi być i koniec!
Tę reforme wdrażano zbyt pośpiesznie. Efekt? Wciąż brakuje wielu aktów wykonawczych, regulujących pracę placówek edukacyjnych w zmienionym systemie oświaty. 31 sierpnia dotarła do nas tylko część z nich. W dodatku kilka aktów zawiera błędy.
Przerażeniem napawają też podstawy programowe. To dokumenty, które wskazują nauczycielom, czego mają uczyć. Jak wpłynie na wiedzę naszych pociech lista obowiązkowych lektur z języka polskiego dla szkół ponadgimnazjalnych? Wyrzucono z niej m.in. Schulza, Iwaszkiewicza, Conrada czy Bułhakowa i Kapuścińskiego. Pojawiły się na niej natomiast takie pozycje, jak antysemicki „Lament Świętokrzyski” czy poezja pana Wencla, barda smoleńskiego.
Tych przedziwnych i niezrozumiałych rozwiązań w „deformie” minister Zalewskiej jest więcej. Począwszy od podstaw programowych, a skończywszy na wziętej z sufitu kalkulacji kosztów całej operacji. A wszystko zaczęło się od tego, że Sejm (tylko? aż?) 14 dni pracował nad przyjęciem ustawy wprowadzającej „deformę oświaty”, a Senat zajmował się problemem aż… 3 godziny. Państwa ocenie pozostawiam, czy oznacza to, że operacja na systemie oświaty jest bardzo dobra czy bardzo zła.
A zatem, czy powinniśmy bać się reformy oświaty? Przyznam, że ja osobiście się boję.
Tomasz Kucharski

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *