Miejsca i ludzie

Zaśpiewać w siodle

Od kilku lat mieszka na Gocławiu, choć serce i duszę zostawiła w Przemyślu, skąd pochodzi i dokąd stale wraca. Jest wokalistką, którą coraz częściej możemy spotkać np. podczas naszych dzielnicowych uroczystości, ale jej drugą pasją są konie. Bo z zawodu jest… lekarzem weterynarii i wciąż aktywnie działa na tym polu. Poznajmy bliżej Elizę Annę Niemczycką.
Spotkaliśmy się podczas Pani recitalu w naszej Bibliotece Publicznej na Meissnera, ale wiem, że zajmuje się Pani także zupełnie innymi sprawami. Co było pierwsze, miłość do zwierząt czy śpiew?
Najpierw były konie. Mama jeździła konno, będąc ze mną w ciąży. W beciku byłam noszona do stajni. Można powiedzieć, że miłość tę wyssałam z mlekiem mamy, pasjonatki koni. Potem był przemyski klub jeździecki „Hubal”, który w latach 90. niestety został rozwiązany. Trzymam w domu siodło mojego dziadka. Mimo że jest to już antyk, raz się w nim przejechałam na grzbiecie własnego konia.
Śpiewała pani w siodle?
Zawsze lubiłam śpiewać… Zanim wyszłam ze swoim śpiewem na scenę, śpiewałam koniom w stajni i w trakcie przejażdżek. Czynię tak do tej pory, moim marzeniem jest jednak zaśpiewać kiedyś w siodle przed publicznością. Może nakręcę taki teledysk? To, że ładnie śpiewam, zauważyła moja babcia, która niechętnym okiem patrzyła na tak kontuzjogenny sport, jak jeździectwo. Chyba wolała widzieć mnie w przyszłości jako artystkę. Włączył się w te marzenia także dziadek, który dbał o moje pióro. Zachęcał mnie też do nauki muzyki, ale nie wiem czemu, wstydziłam się przed nim śpiewać. Żeby dał mi spokój, specjalnie fałszowałam najprostsze gamy, więc dał. Proszę sobie wyobrazić jego zdziwienie, gdy mając 11 lat oznajmiłam, że będę występowała w szkolnym wieczorze kolęd w kościele. Mało tego, dostałam w nim nawet solówkę. Dziadzio zbladł… A po koncercie w kościele o.o. Karmelitów Bosych, gdzie zaśpiewałam pastorałkę „Nie płacz mój maleńki”, był dumny i wzruszony.
A jednak wiem, że nie poszła pani do szkoły muzycznej…
Nie wiązałam swojej przyszłości z muzyką. Tym bardziej, że gdy byłam w drugiej klasie gimnazjum, mama kupiła konia, klacz Cygankę. Z tego też względu przeniosłyśmy się z miasta na wieś. Kupiłyśmy opuszczone siedlisko, starą chatkę ze stajnią, kilometr od granicy z Ukrainą, na granicy z Bieszczadami. Do szkoły dojeżdżałam.
Musiało być ciężko…
Było. Wychuchana przez dziadków dziewczyna z miasta musiała zacząć życie w spartańskich warunkach – bez wody, a nawet studni. Musiałyśmy chodzić po nią do strumienia. Teraz mieszkamy w innej chatce, ale znajomi do dziś żartują, że nasze konie mają dom murowany, a my drewniany. Z czasem koni przybyło. Jeden z nich niechcący złamał mi nogę…
Stąd studia weterynaryjne?
Zdarzyło nam się z mamą stracić dwa konie. Jeden złamał nogę, drugi miał tzw. kolkę. Na pustkowiu, gdzie trudno nawet o lekarza „ludzkiego”, nie mogłyśmy im pomóc. Wtedy poczułam, że przecież ja mogłabym w przyszłości pomagać zwierzętom. Zaczęłam się interesować chirurgią koni, czytać regularnie miesięcznik „Świat Koni”. Poszłam więc na weterynarię do Lublina. Niby mi się podobało, ale… Na pierwszych juwenaliach długo stałam pod estradą, chłonąc muzykę i piosenki. I wtedy, dziesięć lat temu, naszła mnie myśl, że może moje miejsce jest właśnie na scenie, a nie w prosektorium? Poczułam wtedy, że zaczyna mnie omijać coś, w czym czuję się najlepiej… Porzuciłam jednak te myśli, bo potrzeba ratowania zwierząt wydawała mi się silniejsza. Po piątym roku studiów wyjechałam na praktyki do Lipska, do Klinik für Pferde przy Uniwersytecie Lipskim. Tam zaproponowano mi po ukończeniu studiów pracę i napisanie doktoratu. Praca pochłonęła mnie całkowicie. Do tego stopnia, że zaczęłam się w niej zatracać.
I wtedy powiedziałam sobie: nie! Skoro potrafiłam zrealizować tak trudne marzenie, jak leczenie koni, skoro miałam dość siły, by sprostać trudnym warunkom życia na wsi, to dlaczego mam nie spróbować tego drugiego marzenia, jakim było śpiewanie?
Zrozumiałam, że aby pomagać koniom, co wciąż było dla mnie ważne, wcale nie muszę poświęcać im wszystkiego. Nie! Bo wciąż nie zadbałam o siebie! Uznałam, że nadszedł odpowiedni moment, żeby za chwilę nie okazało się, że jest za późno.
Wróciła Pani do Polski?
Tak. Mama była przerażona, bo zaczynała się przyzwyczajać do myśli, że jej córka zostanie wybitnym chirurgiem końskim z doktoratem. W dodatku martwiło ją, że zostawiłam tam dobrze płatną pracę i mieszkanie… Jej przerażenie wzrosło, gdy powiedziałam jej, że chcę śpiewać.
W sumie niewiele Pani ryzykowała, mając zawód…
Właśnie tak do tego podeszłam: wyjdzie albo nie wyjdzie. Ale wiedziałam, czułam wewnętrznie, że muszę spróbować, bo będę sobie robić wyrzuty na starość. A po co mi taka frustracja (śmiech)? Zainwestowałam w śpiewanie, jak we wszystko, co robię, wszystkie swoje siły, całą energię. Postanowiłam, że przyjadę do Warszawy, gdzie, jak myślałam, łatwiej mi będzie wystartować z nowym pomysłem na życie. Tu są najlepsi pedagodzy, tu każdy może znaleźć swoją szansę. W Warszawie naprawdę można startować od zera. To miasto olbrzymich możliwości.
Nie zawiodła się Pani?
Nie. Tutaj bowiem okazało się, jak uniwersalne bywają doświadczenia, które nas kształtują w życiu. Mimo że tak późno, bo w wieku 25 lat, rozpoczynałam działania artystyczne, wiedziałam ze studiów, że mój głos jeszcze nie dojrzał, że wciąż mogę go kształtować, doskonalić, szlifować. Może zabrzmi to pretensjonalnie, żeby nie powiedzieć: paradoksalnie, ale mając bagaż doświadczeń ze świata weterynaryjnego, łatwiej mi było odnaleźć się w świecie artystycznym. Pomogła mi autodyscyplina, a także świadomość, że mam w sobie siłę w dążeniu do celu. Byłam zdeterminowana, umiałam zamieniać swoje zamierzenia w konkrety, krok po kroku, bez oglądania się na niepowodzenia i drobne przeszkody. Każde posunięcie planowałam z zimną krwią, jak chirurg, i przekuwałam marzenia w czyny. Pomogła mi także humanistyczna część mojej duszy, owo pielęgnowanie przez dziadka dobrego pióra. Umiem też otwierać zamknięte przede mną drzwi. Tego nauczyłam się już na studiach: poznawania nowych ludzi i nawiązywania kontaktów, wchodzenia do obcego środowiska i odnajdywania w nim siebie, „sprzedawania siebie” i swoich pomysłów. Nauczyłam się pokazywać, kim jestem. Teraz pomaga mi to przełamać tremę, pokazać, co naprawdę umiem, stanąć przed ludźmi i śpiewać.
Proszę opowiedzieć, jak Pani odnalazła tę swoją drogę?
Kolega podpowiedział mi, że istnieje Warsaw Acting Studio, czyli szkoła przygotowująca adeptów w kierunku wokalnym i teatralnym. Ponieważ nie miałam pojęcia, czy w ogóle pamiętam jeszcze, jak się śpiewa, pomyślałam najpierw o kierunku aktorskim. Gdyby się okazało, że muszę o śpiewaniu zapomnieć, zostałoby mi jeszcze aktorstwo (śmiech). Zajęcia były, owszem, ciekawe, ale wciąż tęsknym wzrokiem wodziłam za pianinem i nauką śpiewu. Czułam, że jest to dla mnie ważniejsze od aktorstwa. Dlatego rozstałam się z Warsaw Acting Studio, by poszukać pedagoga wyłącznie od śpiewu. Najpierw trafiłam pod skrzydła pani, która zajmowała się piosenką stricte rozrywkową. Wolałam jednak postawić na technikę śpiewu klasycznego. Druga nauczycielka też niewiele mi dała, aż po ponad dwóch latach poszukiwań trafiłam w końcu pod skrzydła wspaniałej pani prof. Hanny Rejmer z Fundacji Bednarska, z którą zresztą do dziś współpracuję, doskonaląc swój warsztat śpiewaczy.
Od razu Panią przyjęła?
Tak. Już po pierwszym przesłuchaniu stwierdziła, że podejmie się pracy ze mną. A potem jeszcze zapytała, czy chcę śpiewać „con amore”, z miłości, czy chcę to robić zawodowo. Wybrnęłam, mówiąc i nie kłamiąc, że chcę to robić zawodowo z miłości. Wtedy też przeprowadziłam się na Pragę-Południe, na Gocław. Zaczęłam zupełnie nowe życie. Weszłam na odpowiednie tory.
Prosz opowiedzieć, jak potoczyła się Pani kariera?
Zawodowo zadebiutowałam w rodzinnym Przemyślu, gdzie pani Renata Nowakowska, dyrektor Centrum Kultury i Nauki Zamek, zaproponowała mi recital. Jego tytuł – „QS” – to… zapis stosowany na recepcie. Czasami umieszcza się na niej dopisek „q.s.”, czyli z łaciny: quantum satis – tyle, ile trzeba (żeby na przykład uzyskać pożądaną konsystencję sporządzanego w aptece leku). Zaczęłam tamten recital od Chopina, przez autorskie utwory własne, kończąc nieco lżejszą muzą, jak choćby walcem „Od nocy do nocy” z filmu „Noce i dnie”, „Pamiętasz była jesień” czy „Jego portret”, żeńskiej wersji przeboju Bogusława Meca. W mojej karierze od początku wspierał mnie przyjaciel, Sebastian Jasiński, pełniący początkowo niejako rolę mojego menedżera i dobrego, opiekuńczego ducha.
Nigdy nie żałowała Pani decyzji o porzuceniu weterynarii?
Nigdy. Ale nie porzuciłam koni. Po prostu przeorganizowałam swój świat. Pomagam koniom, tylko w inny, mniej standardowy sposób, m.in. prowadzę wykłady i ćwiczenia z toksykologii weterynaryjnej dla studentów krakowskiej weterynarii. Uwielbiam to. Regularnie pisuję też artykuły do „Świata Koni”, od którego zaczęłam niegdyś swoje myślenie o weterynarii.

W Pani biogramie możemy zatem napisać: „Eliza Anna Niemczycka, urodzona 17 listopada 1987 r. w Przemyślu, śpiewaczka (mezzosopran liryczny), kompozytorka, autorka tekstów, wykładowca uniwersytecki, blogerka, publicystka”… Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiał: Andrzej Opala

 

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *