Miejsca i ludzie

Najważniejsze to mieć pasję

Krystyna i Józef Wrzoskowie, prażanie południowi z urodzenia i zamiłowania, trenują wioślarstwo, pływając smoczymi łodziami w Klubie Sportowym Spójnia, ale ich przygoda ze sportem zaczęła się w Drukarzu na Pradze-Południe.
– Trenowała Pani łucznictwo w Klubie Sportowym Drukarz…
– Krystyna Wrzosek: Zaczęłam jeszcze w szkole średniej, podobnie jak moi koledzy, z tym, że ja najdłużej, bo strzelałam do matury. Tam poznałam przyszłego męża, też zresztą chłopaka z Pragi, który wtedy trenował łucznictwo, bo wcześniej był kajakarzem.
– A kiedy dokładnie rozpoczął się Państwa romans ze smoczymi łodziami?
– Któregoś dnia, 12 lat temu, zadzwonił do nas Kazimierz Wiśniewski, ten sam, który kiedyś namówił mnie na łucznictwo, a sam trenował kanadyjki, i mówi: „Słuchajcie, jest taka grupa, która znalazła sposób na przedłużenie sobie młodości – wiosłowanie na smoczych łodziach. Wchodzicie w to?”. Zgodziliśmy się, chociaż o smoczych łodziach nic nie wiedzieliśmy. Jednak gdy już poznaliśmy ten sport, okazało się, że to prawda. Pływanie smoczymi łodziami mogą trenować wszyscy, niezależnie od wieku i predyspozycji. Ten sport ma elementy rywalizacji i zabawy. Integruje ludzi jak chyba żaden inny, a przede wszystkim staje się pasją, która pozwala wyładować frustracje, pozbyć się bagażu trosk, które człowiek wlecze całe życie za sobą. Jest oczyszczająca.
– Jak się narodziły warszawskie „smoki”?
– Okazało się, że na Żeraniu jest producent smoczych łodzi. Leżała u niego taka łódka, którą nam wypożyczył, a nieco później i drugą. Tak zaczęliśmy nasze treningi na kanale Żerańskim pod dowództwem Artura Dyjewskiego, który został naszym trenerem i kapitanem. To były kanadyjkarz, który współtworzył klub Spójnia Warszawa. Teraz jest trenerem reprezentacji kraju. I z takiego małego zespołu powstała fajna grupa, która do dzisiaj zdobywa laury. Ostatnio na Narodowych Mistrzostwach Europy, organizowanych w Szeged przez Europejską Federację Kajakową, zdobyliśmy 10 medali. Mamy teraz cztery własne łodzie, na których trenujemy. Na zawodach dostajemy łodzie od organizatorów.
– Co, poza rywalizacją, pociąga Panią najbardziej w tym trudnym sporcie?
– To, że jesteśmy razem, że to sport na całe życie, że nie trzeba być młodym, żeby trenować. Jesteśmy 50-osobową rodziną smoczych łodzi, w tym 20 osób, które grupę zawiązały. Razem trenujemy, razem bawimy się, nawiązaliśmy wiele przyjaźni. Są „smocze” małżeństwa, a także „smocze” dzieci i wnuki. Jedne biorą czynny udział w zajęciach, inne nam towarzyszą. Nasza córka, na przykład, przez pewien czas zajmowała się reklamą grupy.
– Smocze łodzie nie są sportem olimpijskim, nie dostajecie żadnego dofinansowania, jak więc sobie radzicie?
– Założyliśmy Stowarzyszenie Spójnia Smocze Łodzie, płacimy miesięczne składki – 30 zł. Czasami zdarzają się sponsorzy, ale tak naprawdę wszystko opłacamy z prywatnych kieszeni. Cóż, pasja kosztuje. Problem zaczyna się dopiero przy wyjazdach na zawody, szczególnie te zagraniczne. Trzeba dojechać, przenocować. Ale radzimy sobie – jedziemy wspólnie samochodami, zabieramy namioty, śpiwory, szukamy najtańszych noclegów. Proszę uwierzyć, że takie wspólne życie, podporządkowane smoczym łodziom, to też jest atrakcja. Ale ani my z mężem, ani nikt z naszej kilkudziesięcioosobowej grupy nie zamieniłby takiego życia na inne.
– Na każdą pasję trzeba zarobić. Jak to Państwo robią?
– Prowadzimy małą firmę, wstawiamy drzwi, okna.
– Czy zatem Państwa treningi nie kolidują z pracą?
– Trenujemy 3, 4 razy w tygodniu przez godzinę. To nie zajmuje dużo czasu. A na wyjazdowe zawody trzeba brać urlop.
– Były kiedyś pokazy smoczych łodzi na Jeziorku Kamionkowskim albo na Wiśle na praskim brzegu na Święcie Saskiej Kępy, Święto Wisły…
– Składaliśmy w tym roku takie projekty sportowe, ale nie dostaliśmy dotacji. Może jeszcze uda nam się zaprezentować urodę smoczych łodzi.
– Kto jest lepszy technicznie w łodzi – Pani czy mąż?
– Mąż. Ma większe doświadczenie, bo wcześniej trenował kajakarstwo, kanadyjki.
– Pływacie razem na łodzi?
– Tak, ale kapitan nas rozsadza.
– Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała:
Anna Lenar

Smok na wodzie
Standard budowy smoczej łodzi, akceptowany przez Międzynarodową Federację Smoczych Łodzi (IDBF), ustalony na podstawie budowy łodzi tradycyjnych:
długość (bez smoczej głowy i ogona) – 12,40 m
maksymalna szerokość – 1,14 m
przestrzeń między ławkami – 67,5 cm
ciężar minimalny (bez głowy, ogona, bębna, siedzenia bębniarza i wiosła sterowego) 250 kg.
Wiosła są jednopiórowe, podobne do używanych przez kanadyjkarzy, o długości 105-130cm, dostosowane do wzrostu wioślarza, wykonane z włókien sztucznych.
22-osobowa załoga smoczej łodzi to 20 wioślarzy, usadzonych parami, przodem do kierunku płynięcia; dobosz, który siedzi na dziobie, tyłem do kierunku jazdy, oraz sternik siedzący na końcu łódki i za pomocą długiego wiosła korygujący kurs łodzi
Zawody rozgrywane są zwykle na dystansach 200, 500 i 2000 metrów. Najczęściej rozgrywane kategorie wiekowe to juniorzy (15-18 lat), seniorzy (powyżej 18 lat), masters 40+ i masters 50+. Zawody odbywają się w kategoriach mężczyzn, kobiet i załóg mieszanych (mikst). Smocze Łodzie wyróżnia tempo wiosłowania. Liczą się przede wszystkim szybkość i sprawne nawroty.

Narodziny Smoczych Łodzi

Tradycja wyścigów tych łodzi ma początek w chińskiej legendzie.
Mówi ona, że 2300 lat temu chińscy rybacy, bijąc w bębny, by odstraszyć głodne ryby, prześcigali się w swych lekkich łodziach, próbując uratować tonącego w rzece Mi Lo poetę Qu Yuana, lubianego i szanowanego doradcę cesarza. Niestety, nie udało im się. Od tamtej pory, corocznie, piątego dnia piątego miesiąca wg. kalendarza chińskiego, na pamiątkę dnia tamtego wydarzenia organizowane są właśnie wyścigi. A smoki? To jednen z ważnych chińskich symboli.
Tak narodził się sport, który podbił serca nie tylko Chińczyków, ale także ludzi innych kultur.

Smocze Łodzie w Polsce
Historia wyścigów zdobnymi łodziami w naszym kraju sięga 1997 r., gdy zorganizowano pierwsze zawody na gdańskiej Motławie. Zawody mogły się odbyć tylko dlatego, że zaproszone z Niemiec kluby przywiozły dwie łodzie smocze. Ścigało się siedem osad niemieckich i jedna polska – osada MRKS Gdańsk „Gdańskie Smoki”, która zajęła trzecie miejsce. Puchar Prezydenta Gdańska zdobyła załoga z Hamburga. Na pierwsze zwycięstwo polskiej załogi czekaliśmy do roku 1999, podczas zawodów zorganizowanych na otwarcie Jarmarku Dominikańskiego. Obserwował je brytyjski przedsiębiorca Derek Hankinson, który sfinansował udział polskiej drużyny w mistrzostwach świata w Nottingham w Anglii. Tamtego zagranicznego debiutu Polacy nie muszą się wstydzić. Zajęli w ogólnej punktacji ósme miejsce na 15 startujących krajów.

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *