Miejsca i ludzie

Siłacz z Kamionka – po prostu mistrz

Mieszkanie pana Konstantego Królika, w którym gospodarz wita mnie niezwykle serdecznie i ciepło, już od progu zdradza jego pasję – sport. W osobnym pokoju, od podłogi po sufit, pysznią się medale, pamiątkowe zdjęcia z zawodów, stoją puchary i specjalny stół do armwrestlingu, czyli siłowania na rękę. Przy czym pan Konstanty – wielokrotny mistrz Polski, Europy i świata – jest jednakowo dumny ze wszystkich. Podobnie ceni sobie zarówno mistrzostwa świata w Brazylii, o których przypomina zdjęcie z niezwykle urodziwą brazylijską armwrestlerką, jak i piknik w pobliskim liceum J. Jasińskiego, z którego pamiątkowe zdjęcie wisi tuż obok.
Wśród tylu pamiątek czuję się trochę jak w muzeum. Pan Konstanty pokazuje mi bogaty zbiór wycinków prasowych, w tym wcześniejsze wywiady z nim. Podsuwa też księgę gości – zupełnie jak w muzeum. Tyle, że pan Konstanty, z natury bardzo skromny, będąc sporo po sześćdziesiątce, wciąż jest czynnym sportowcem armwrestlerem. I to na światowym poziomie.
Pan, sąsiedzie, mieszka na Kamionku od zawsze?
– Moja rodzina nie była związana ani z Kamionkiem, ani jego przemysłem. Sprowadziłem się tutaj z Pragi-Północ. Środowisko w mojej szkole podstawowej, co tu ukrywać, było takie… no, trochę szemrane. Ale, jak to się mówi, każdy jest kowalem swojego losu. Moja mama pochodziła z Łomży, a ojciec z Warszawy. A ja przeżyłem większą część życia na Kamionku.
Skąd tak wielkie sukcesy w sporcie?
– Cóż, nigdy nie paliłem, nie piłem alkoholu i właściwie dotąd udaje mi się nie chorować…
Sam brak nałogów się chwali, ale to trochę mało, żeby zostać mistrzem świata…
– My, siłujący się na rękę, mówimy: to też dar od Boga – warunki zewnętrzne. Od czterdziestu pięciu lat, niemal przez całe życie, ćwiczę kulturystykę. Na rękę uwielbiałem mocować się jeszcze w szkole i wiedziałem, że mam do tego talent. Matka zawsze mówiła, że mocuję się zupełnie jak w czasie wojny jej bracia z Ruskimi.
Nie od razu pan wykorzystał ten talent?
– Wie pani, gdzie pracowałem?
W jakichś służbach? Mundurowych?
– Nie, munduru nie znoszę i nigdy nie nosiłem (śmiech). Ale jest pani blisko. Dwadzieścia pięć lat przepracowałem w policji. W wydziale wywiadowczym, potem w wydziale kryminalnym – zabójstwa, gwałty i rozboje. Wchodziłem tam, gdzie nieszczęście się zdarzyło, do mieszkań, do rodzin – a tam lament. Ofiarami były często i dzieci, i kobiety. A tu trzeba przeprowadzić czynności procesowe. Napatrzyłem się. Duży stres. Robota nie dla mięczaków. Potem przeszedłem do brygady antyterrorystycznej. Ochraniałem lotnisko, samoloty i premierów. Brałem udział w akcjach przeciwko mafii. Po jednej z akcji mam „pamiątkę” – przestrzelony palec lewej ręki. Zupełnie nie ma się czym chwalić. A opowiadać – wiadomo – za dużo nie mogę. Dość, że do sportu wszedłem z grupą inwalidzką. Po urazie kręgosłupa, którego nabawiłem się, skacząc z samolotu na spadochronie.
Dobrze zrozumiałam? Do sportu wszedł pan jako emeryt rencista po wypadku i wielu latach trudnej pracy i służby? Co pana tam pchnęło, skąd ta siła?
– Siła to higiena życia poparta warunkami zewnętrznymi. I ciężką pracą. Na mistrzostwa świata przyjeżdża tysiąc dwustu zawodników. Wszyscy silni. Wszyscy najlepsi. Każdy jedzie po medal. A medali i wyróżnień jest sto dwadzieścia. Trzeba włożyć dużo pracy, by któryś zdobyć. Gdy zaczynałem, miałem prawie pięćdziesiąt dziewięć lat. Minęło lat dziesięć i jestem zawodnikiem z największą liczbą medali w Polsce. Zawsze jadę po medal. To nie jest dla mnie zabawa.
Pan Konstanty pokazuje albumy ze zdjęciami z mistrzostw. Na tych przedstawiających walkę widać nie lada wysiłek – zmienione, mokre od potu twarze z nabrzmiałymi żyłami, naprężone mięśnie. Wielka zaciętość i wola walki. Prawie na każdych zawodach są kontuzje, zawodnikom pękają nawet kości.
Zdradzi pan, jakie konkretnie są te zdobyte przez pana wyróżnienia i medale?
– Proszę bardzo: W latach 2006-2016 zostałem dwukrotnym mistrzem świata w armwrestlingu – złoto zdobyłem w Malezji w 2014 r. i w Bułgarii w 2016 r. Jestem dwukrotnym wicemistrzem świata – srebro przywiozłem z Brazylii i zdobyłem w Polsce. I mam jeszcze sześć brązowych medali mistrzostw świata. Byłem też mistrzem, dwukrotnym wicemistrzem i czterokrotnym brązowym medalistą Europy w armwrestlingu. Wreszcie – jestem dwudziestokrotnym mistrzem Polski w trzech kategoriach. W sumie mam ponad sto medali i pucharów za osiągnięcia. Pierwszy medal, ten z Malezji, oddałem Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka.
To naprawdę imponujący dorobek! W Polsce jest pan nie do pobicia! A rodzina? Muszą być z pana bardzo dumni.
– Żona Ewa towarzyszyła mi na mistrzostwach w Malezji w 2015 r. Była świadkiem, jak trojgu zawodników, w tym dziewczynie z Iraku, pękły ręce. A czy moi bliscy są ze mnie dumni? No, nie wiem… Córka Magda i syn Tomasz to ludzie wykształceni, po studiach, znają języki obce. Inne rzeczy ich interesują, inne wartości. Nie cenią moich osiągnięć i nie czytają o mnie artykułów w pismach.
Choć też jestem po studiach i znam języki obce, zerkam z podziwem na budzący respekt biceps pana Konstantego. Widnieje na nim tatuaż: splecione w walce dłonie a pod spodem inicjały M.T.
– To od imion dzieci – odpowiada na moje spojrzenie pan Konstanty. – Namówiła mnie na to koleżanka z Brazylii. Mam teraz wielu przyjaciół na całym świecie, wie pani. Na ostatnich mistrzostwach w Bułgarii wszyscy chętnie się ze mną fotografowali, bo byłem najstarszym zawodnikiem. A pomyśleć, że do niedawna cieszył się człowiek, gdy pojechał na zawody do Gdańska, czy Wrocławia – żartuje.
Zdradzi pan swoje najbliższe plany?
– Trenuję cały czas. Trzy razy w tygodniu po dwie godziny w siłowni ,,Błyskawica”. 30 marca w Szczyrku, na mistrzostwach Polski, jako jedyny zdobyłem sześć medali. Więc przygotowuję się do mistrzostw Europy w maju i do kolejnych mistrzostw świata we Włoszech. Jestem w bardzo dobrej formie.
Siedzimy jeszcze długo, rozmawiając przy herbacie trochę o życiu, o upływie czasu, o ludziach. Jak zwyczajni, niemłodzi sąsiedzi. Podziękowania za rozmowę i najszczersze życzenia świetnej formy i mnóstwa radości z przygody życia wpisuję do księgi gości. Wychodzę dziwnie pokrzepiona siłą pana Konstantego. A może bardziej jego niezmąconą pogodą ducha?

Rozmawiała
Dorota Lamcha

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *