Nasze osiedla

Z torbą listonosza po Kamionku

Starsi mieszkańcy Kamionka doskonale pamiętają pana Kazia listonosza, czyli Kazimierza Czajkę. Dostarczał mieszkańcom listy i przesyłki przed 20 lat, od 1964 do 1984 r. Ze wspomnień wyłania się obraz człowieka niezwykle życzliwego, serdecznego i sumiennego. Przez lata zbudował sobie u ludzi zaufanie i autorytet.
Pytano go o radę, powierzano sekrety, kłopoty, a nawet proszono o naprawienie cieknącego kranu. Nikomu nigdy nie odmawiał. Zapraszano go na imieniny i śluby. Niektórych znał od urodzenia, pomagał rodzicom wybierać dla nich imiona. Potem przeprowadzał ich przez jezdnię w drodze do szkoły. Cieszył się ich radościami i smucił zmartwieniami. Niektórym towarzyszył w ostatniej drodze.

Motocykle i wieńce
Przed objęciem posady doręczyciela pan Kazimierz imał się innych zajęć. Do Warszawy przeprowadził się z okolic Błonia w 1954 r. Zamieszkał z żoną i córką na Grochowie. Przez dwa lata pracował jako tokarz na Kamionku, przy Mińskiej 25, w nieistniejącej już Warszawskiej Fabryce Motocykli, przy produkcji słynnych „wuefemek” oraz skuterów Osa. Następnie podjął pracę w prywatnej wytwórni metalowych nagrobnych wieńców Ptaszyński & syn na Grochowie. W 1958 r., wspólnie ze znajomym, kupił plac przy ulicy Wiarusów wraz z murowanym domkiem, który rozbudował i gdzie przez cztery lata prowadził własny zakład regeneracji wieńców.
Listonosz i ojciec
Obsługiwany przez niego rejon zaczynał się za fabryką Wedla i rogatką grochowską, a kończył na domach przy Grochowskiej 309/317. Nasz listonosz pojawiał się też na Skaryszewskiej, Bliskiej, Lubelskiej, Rybnej
i Kamionkowskiej. Podczas wakacji w pracy pomagał mu syn, Jacek, który tak to wspomina: Domy o numerach 327,325
i 321 mieściły wtedy sklep mięsny spożywczy i warzywniak. Tutaj latem ojciec robił sobie przerwę śniadaniową. Kupował kiełbasę, świeże kajzerki i pachnące pomidory. Siedząc z nim na ławce, byłem świadkiem, jak zagadywany był przez mieszkańców. Widziałem, że go lubiano. Zwracano się do niego ,,panie Kaziu”, pytano o różne sprawy, np. kiedy będą przekazy z rentą i emeryturą, jak wysłać list za granicę albo czy mógłby zostawić list u sąsiada.
W czasie wolnym Pan Kazimierz uprawiał ogródek, hodował gołębie i dużo uwagi poświęcał dzieciom. Syn wspomina, że ojciec miał wiele zainteresowań: Kochał boks, kolarstwo, żużel
i piłkę nożną. Chodziliśmy razem do Hali Gwardii na spotkania pięściarskie. Kibicowaliśmy naszej ukochanej Legii. Bywaliśmy na kolarskich kryteriach ulicznych. Przeżywaliśmy wyścigi na torze kolarskim Orła. Co roku,
z zapartym tchem śledziliśmy Wyścig Pokoju. Dzięki ojcu pokochałem turystykę, bo razem jeździliśmy na wycieczki – bliskie i dalekie. Były żywą lekcją geografii, historii i patriotyzmu. To ojciec zaraził mnie pasją do historii.
Pan Kazimierz czuł niewytłumaczalny lęk przed wejściem do jednego z budynków na ulicy Skaryszewskiej. Dlaczego? Bo wcześniej, podczas okupacji, aż trzykrotnie przekraczał ten próg jako więzień.

Wojenne koleje losu
Pan Kazimierz, jego mama
i brat przywozili z okolic Błonia do Warszawy mleko i płody rolne, które sprzedawali na Kercelaku oraz na innych placach targowych. To były niebezpieczne wyprawy, gdyż nielegalny ubój i obrót mięsem były karane nawet śmiercią. W sierpniu roku 1942 pan Kazimierz został aresztowany za szmugiel żywności do warszawskiego getta. Trafił na Skaryszewską 8, gdzie Niemcy założyli obóz przejściowy, tzw. Mały Pawiak. Stąd wywożono Polaków na przymusowe roboty do Rzeszy.
Z obozu na Skaryszewskiej udało się panu Kazimierzowi uciec dwa razy. Najpierw wyskoczył z tramwaju na rogu ulicy Targowej i Kijowskiej, i choć wartownicy strzelali, szczęśliwie ocalał. Ukrył się u ciotki. Niestety, niebawem znów trafił na Skaryszewską wprost z ulicznej łapanki. Szczęście dopisało mu po raz drugi i wyskoczył z pociągu już podczas transportu. I znów ukrył się u ciotki. Wtedy w jego domu rodzinnym koło Błonia pojawili się Niemcy i zagrozili, że jeśli nie zgłosi się dobrowolnie, dom zostanie spalony, a matka
i trzy siostry trafią do obozu koncentracyjnego. I tak po raz trzeci znalazł się przy Skaryszewskiej, tym razem „dobrowolnie”, skąd w październiku 1942 r. wywieziono go do pracy u bauera
w powiecie Pruszcz Gdański. Pracodawca był gorliwym nazistą, więc nad pracownikami znęcano się, karano biciem i głodem. Nasz bohater przetrwał to jednak i po wyzwoleniu pieszo dotarł do stacji kolejowej Smętowo, gdzie otarł się o śmierć. Urzędujący tam pijany sowiecki oficer z miejsca kwalifikował do rozstrzelania podejrzane osoby. Dokumenty Polaka z niemieckimi pieczęciami też uznał za podejrzane. Pan Kazimierz dołączył do kilkunastu mężczyzn, czekających na rozstrzelanie na nasypie kolejowym. Aresztowani wykorzystali fakt, że pilnujący ich sowiecki żołnierz odszedł na stronę
i uciekli. Do Warszawy pan Kazimierz powrócił 27 marca 1945 r.

Ostatni raz z torbą listonosza starszy doręczyciel Kazimierz Czajka przemierzył swój rejon  30 marca 1984 r.
Zmarł 29 maja 1995 r. w wieku 72 lat. Pamięć o nim pielęgnuje syn, Jacek Czajka, instruktor harcerski szczepu 288 WDHiGZ.

Na podstawie wspomnień
syna opr. Dorota Lamcha

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *