Miejsca i ludzie

Pasja życia

Ryszard Kalkhoff, najstarszy warszawski radny, w lutym skończył 86 lat, co zupełnie nie przeszkadza mu w bardzo aktywnej działalności samorządowej. A także towarzyskiej.  Jest uroczym, pełnym energii, mądrości i ciekawości świata i ludzi człowiekiem.
– Jak się Pan znalazł na Saskiej Kępie?
– Zamieniając w 1965 roku maleńką kawalerkę, w której mieszkaliśmy na Krakowskim Przedmieściu, na większe mieszkanie na Saskiej Kępie. Urodził się mój syn, Marcin, i na dwudziestu metrach kwadratowych było nam za ciasno.
– Czym się Pan wtedy zajmował?
Będąc inżynierem mechanikiem po Politechnice Warszawskiej, pracowałem w transporcie handlu wewnętrznego. Byłem głównym specjalistą do spraw obsługi taboru, który woził do sklepów mleko, pieczywo i inne towary, po które ludzie stali w długich kolejkach.
– Czy przyszło Panu wtedy do głowy, by robić coś innego niż rozwożenie mleka?
– Moim marzeniem była praca w służbie dyplomatycznej. Oczywiście nie było to wówczas możliwe. Studia w tej dziedzinie z moją ilością punktów? Nierealne.
– Przypomnijmy młodszym Czytelnikom, że aby się dostać na studia, trzeba było mieć wtedy odpowiednią ilość punktów, szczególnie za pochodzenie.
– Właśnie. Na szczęście miałem inną pasję – samochody. Dlatego wybrałem wydział samochodowy PW, na który… też się w pierwszym podejściu nie dostałem z powodu małej ilości punktów. Ach to niesłuszne pochodzenie… Przez rok pracowałem jako robotnik i drugi raz startowałem na studia już jako klasa pracująca. Zdając egzamin dużo gorzej niż za pierwszym razem, spokojnie się dostałem.
– W tamtych ciemnych czasach, myślę o latach 50., miał Pan też przygodę z niesłuszną muzyką, jazzem.
– Uczestniczyłem, jako widz, w pierwszym w PRL Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Jazzowej, który odbył się w Sopocie. To był rok 1956. Zjechało się wtedy do tego „okna na świat”, jak nazywano Sopot, chyba z 50 tys. ludzi. Pasją muzyczną młodzieży był wtedy jazz, a ponieważ był to owoc zakazany i prawie niedostępny, tym bardziej smakował. Siedziało się w kilkanaście osób w małym, zadymionym pokoju i z nabożeństwem słuchało z trudem zdobytych nagrań Coltrane’a, Colemana, Davisa…
– Przeskoczmy do lat 80., czasu, gdy też przesiedywał Pan w oparach papierosowego dymu wśród dużej ilości ludzi skupionych na małej przestrzeni.
– No cóż, tak się losy potoczyły, że w stanie wojennym stałem się wcześniejszym emerytem i tym samym wolnym człowiekiem. Łapałem jakieś chałtury, żyłem z marnej renty, żona pracowała, jakoś dawaliśmy sobie radę. Intensywną pracę polityczno-społeczno-samorządową rozpocząłem, włączając się w prace Komitetu Obywatelskiego „Solidarności” Praga-Południe przy organizacji wyborów w roku 1989. Organizowałem koło KO na Saskiej Kępie, jednocześnie będąc w zarządzie komitetu dzielnicowego KO „S” na Pradze. Mieliśmy pełną świadomość, że jeden z postulatów Okrągłego Stołu, mianowicie utworzenie samorządów, kontraktowy sejm będzie uchwalał jako jedną z pierwszych ustaw i wiedzieliśmy, że trzeba zabrać się za organizację wyborów do samorządów. Typowaliśmy kandydatów na radnych, prowadziliśmy szkolenie. Prawdę powiedziawszy sami uczyliśmy się na żywym organizmie, starając się najpierw przyswoić ustawę. Pomagała nam w tym „rada mędrców”, do której należała także dzisiejsza prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, wtedy pracownik UW. Uczyła nas finansów samorządowych.
– Co dało asumpt do tego, że właśnie w 1989 roku zajął się Pan działalnością społeczną?
– Zawsze miałem ciągoty społecznikowskie. Po raz pierwszy dały one wyraz we współorganizacji, w latach 60., klubu jazzowego, działającego w Staromiejskim Ośrodku Kultury, późniejszej piwnicznej winiarni Largactil. No a kiedy już oficjalnie mogłem wejść w działalność społeczną, która mnie rzeczywiście satysfakcjonowała, zrobiłem to bez wahania.
– Kiedy pierwszy raz został Pan wybrany radnym?
– W pierwszej kadencji nie startowałem. Byłem przecież jednym z organizatorów wyborów samorządowych i tych, którzy typują kandydatów. Zostałem radym w drugiej kadencji, w latach 1994-1998. Zorganizowaliśmy wtedy samorządy osiedlowe. W następnych wyborach do samorządów zaczęła wchodzić polityka, powstały listy partyjne, ruch obywatelski się skanalizował. Stworzyliśmy listę społeczną działaczy Komitetu Obywatelskiego, która w wyborach do samorządu na kadencję 1998-2002 przepadła. Ludzie zaczęli głosować na listy partyjne. A ja działałem w samorządzie osiedlowym Saska Kępa. Startowałem dopiero w kadencji 2006-2010. W kolejnych wyborach, już z listy PO, dostawałem dostateczną ilość głosów, by być radnym aż do dzisiaj.
– Jako radny zajmował się Pan w komisjach tematyką społeczną lub kulturalną, albo oboma naraz. Co ważnego, także dla Pana, udało się załatwić?
– To rzeczywiście dwie bliskie mi dziedziny. Najpierw byłem przewodniczącym komisji pomocy społecznej i wiceprzewodniczącym komisji kultury. W pewnym momencie role się odwróciły i dzisiaj jestem przewodniczącym komisji kultury i wiceprzewodniczącym komisji społecznej. A co udało mi się zrobić? W drugiej kadencji, przy moim udziale, powstał pierwszy w Warszawie dom pobytu dziennego dla starszych i samotnych osób na Saskiej Kępie. Z Marzeną Koraszewską zainicjowaliśmy także na przełomie lat 1995/96 powstanie pierwszej samorządowej instytucji kultury na Pradze-Południe, mianowicie Dzielnicowego Centrum Promocji Kultury, dzisiejszego CPK. Dużym osiągnięciem była także budowa Promu Kultury Saska Kępa, który powstał jako filia CPK, a teraz jest samodzielną instytucją kultury. To też projekt zrealizowany wspólnie z Marzeną Koraszewską na prośbę mieszkańców Saskiej Kępy.
Warto przy okazji dodać, że w pierwszej kadencji samorządu zostały rozwiązane wszystkie dawne lokalne struktury osiedlowe i blokowe. Gdy nastała, jak mówiono, „nowa władza”, okazało się, że mieszkańcy nie mieli z nią praktycznie żadnego połączenia. Jako koło KO „S” na Saskiej Kępie zorganizowaliśmy cotygodniowe dyżury, by pomagać mieszkańcom w tych kontaktach. Zadzierzgnięte wtedy bliskie kontakty z saskokępianami pozwoliły mi na głębsze poznanie problemów społeczności tej części dzielnicy. Dzięki temu mogłem pewne rzeczy wyprzedzić, załatwić, oczywiście w granicach możliwości i prawa.
– Zdaje się, że i Szpital Grochowski wiele Panu zawdzięcza?
– To trochę inna sprawa. Przy szpitalach działały rady społeczne. Jako radny zostałem w 1995 roku powołany przez wojewodę do takiej rady przy Szpitalu Grochowskim, który według dzisiejszych kryteriów przypominał raczej XIX-wieczny lazaret. Sporo było do zrobienia. Dzisiaj większa jego część jest już w XXI wieku.
– Gdyby nie Pan, zapewne tak by dzisiaj nie wyglądał.
– Nie jest to moja zasługa. Wyznaję zasadę, że w pracy społecznej radny musi być jednym z koni przy bryczce, ale powinien ciągnąć ją razem z drugim koniem – urzędnikiem – w tę samą stronę. W ostatecznym rozrachunku bowiem to urzędnicy realizują projekt. A rolą społecznika czy radnego jest bycie spiritus movens przedsięwzięcia i przekonanie wielu osób do swojej idei.
– Ale ten radny musi mieć odpowiednie cechy charakteru, m.in. siłę przekonywania i umiejętność argumentacji. A także powinien lubić ludzi i być przez nich ceniony, no i dobrze, żeby mu się chciało chcieć. Wiele osób uważa, że Panu udało się osiągnąć tak dużo właśnie dzięki tym walorom.
– To prawda, że trzeba wiedzieć, co się chce zrobić i dlaczego, a celem musi być zawsze dobro społeczne. I człowiek, który jest w potrzebie.
– A czym interesuje się Pan poza samorządem?
– Mój tata był chemikiem, profesorem Politechniki Warszawskiej, mama artystką, tata też zresztą miał zacięcie artystyczne. Z dziecięcych lat pamiętam wspólne muzykowania, spotkania z kulturą. No a czym skorupka za młodu nasiąknie… Lubię dobrą książkę, dobrą muzykę, taniec.
– Tak, wiem, że potrafi Pan tańczyć do rana… A jakie ma Pan plany lub niespełnione marzenia?
– Planów mam w głowie za dużo, marzeń też. Jest jednak sprawa, która jest dla mnie w tej chwili priorytetowa. Przez miedzę z Saską Kępą leży rozwijający się Gocław. Do wieloletniego planu finansowego wpisany jest ośrodek edukacyjno-kulturalny na tym osiedlu. Jest już działka, są środki i moim marzeniem jest, żeby to jak najszybciej zaczęło się realizować. Tam ma być nowoczesna Biblioteka Publiczna, klub kultury z salami widowiskowymi i siedziba Uniwersytetu Drugiego i Trzeciego Wieku.
– A marzenia prywatne, może jakaś podróż?
– Bardzo bym chciał, ale nie starcza sił ani czasu. Po uszy jestem zakopany w pracę samorządową, no i domową. Tak się stało, że jestem sam i sam muszę dbać o to, by w domu było czysto, żebym miał co jeść i w co się ubrać…
– … a wszystko z uśmiechem, bez grymaszenia i narzekania. Prawdę powiedziawszy, gdy słyszę o Pana planie dnia, robię się zmęczona w połowie opowiadania. Gdzie tacy ludzie się rodzą? Ponieważ w lutym obchodził Pan urodziny, życzę jeszcze wielu lat przeżytych z taką intensywnością.
Rozmawiała
Anna Lenar

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *