Aktualny numer

Meandrujący budynek

Na Gocławiu, pomiędzy ulicami Ostrzycką, Bracławską, Motorową, Żymirskiego a Kwarcianą, oparty od południa o Jeziorko Gocławskie, stoi jeden z najdłuższych w Europie i najdłuższy w Warszawie budynek mieszkalny. Jest zarazem osiedlem. To Przyczółek Grochowski.
Dziewięć razy „złamany”, wijący się zakosami na długości półtora kilometra wokół trzech półotwartych wewnętrznych dziedzińców budynek, powstał w latach 1968-74 według projektu małżeństwa architektów Zofii i Oskara Hansenów. Budowlę tworzą 22 segmenty o powierzchni ponad 3 tys. m kw., 3- i 7-piętrowe, połączone wielokondygnacyjną zewnętrzną galerią, z której wchodzi się do mieszkań. Dzięki rezygnacji z tradycyjnych klatek schodowych projektantom udało się zaplanować we wszystkich mieszkaniach jasne kuchnie, co w tamtych czasach było prawdziwą ekstrawagancją.
To niejedyny galeriowiec w Warszawie, ale jedyny tak imponujący. Jest pierwszą realizacją utopijnego projektu Hansena – Formy Otwartej i Linearnego Systemu Ciągłego. Czy raczej poligonem doświadczalnym dla idei stworzenia miasta liniowego, ciągnącego się przez całą Polskę wzdłuż jednego ciągu komunikacyjnego. W odleg-
łości do kilkuset metrów od niego znajdowałyby się osiedla mieszkalne oraz centra handlowo-usługowe, dalej pola uprawne, lasy i tereny rekreacyjne. Szybko okazało się, że idealne osiedle przynosi wiele problemów – hałas w galeriach komunikacyjnych powodował, że okna od ich strony musiały być stale zamknięte, drzwi nie zapewniały odpowiedniej ochrony przed zimnem, a nieustająco wspólnotowe życie stało się uciążliwe. Mieszkańcy, obawiający się włamań, wkrótce poprzedzielali galerie kratami, osiedle niszczało i w końcu uzyskało mało przyjemny przydomek „Pekin”.
Dzisiaj, gdy pytam pani z pies-
kiem przechodzącej przez dziedziniec, jak się tu mieszka, odpowiada, że świetnie, wręcz rodzinnie. Położenie znakomite, dużo zieleni. Osiedle zdobyło nawet pierwsze miejsce w konkursie na zazielenienie, mają tu sklepy, pocztę, różnego rodzaju usługi, przychodnię, szkołę podstawową, żłobek, dwa przedszkola, pub i restauracje. Po prostu małe miasteczko. Czyżby jednak urzeczywistniła się, choć w części, filozofia Oskara Hansena?
Grażyna Wiśniewska, prezes Zarządu SM Przyczółek Grochowski, nie pozwala nikomu na używanie przydomka „Pekin”. „To już nie te czasy i nie ta prawda o osiedlu”, mówi. „Wiele się tu zdarzyło. Wyremontowaliśmy galerie, wymieniliśmy posadzki, daliśmy nowe balustrady. Są domofony, monitoring, zamknięte śmietniki, plac zabaw, na dziedzińcach ławki dla mieszkańców. Zorganizowaliśmy dwa społeczne parkingi, są także garaże i miejsca parkingowe. Teraz wyprowadzamy samochody z wnętrza osiedla, budując na zewnątrz nowe parkingi. Wjazdy na osiedle są zabezpieczone szlabanami”, opowiada pani prezes.
A kim są mieszkańcy? „Jest ich 1750 i, podobnie jak w innych starych osiedlach, są to głównie ludzie starsi”, mówi Marek Wilczyński, członek zarządu SM Przyczółek Grochowski. „Ale pomału osiedle się odmładza. Małe i tanie mieszkania kupują młodzi, którzy przyjeżdżają do Warszawy z lubelskiego, zamojskiego, białostockiego”, tłumaczy.
No właśnie. Projektanci przewidzieli dla grochowskiego łamańca wiele mieszkań, ale małych, o metrażach 28,5 m kw., 36 m kw. i 56 m kw. Liczba pokoi na tych powierzchniach jest różna, od jednego do czterech.
Można zaryzykować stwierdzenie, że ozdobą Przyczółka Grochowskiego jest Klub Osiedlowy Groszek, miejsce integracji starszych i młodszych mieszkańców galeriowca. Są tu i kursy językowe, gimnastyka i joga dla seniorów, spotkania z ciekawymi ludźmi na ciekawe tematy, pracownia aktywności twórczej dla dzieci i różnego rodzaju warsztaty oraz imprezy okolicznościowe i bez okazji z tanecznymi włącznie, organizowane są wycieczki dla mieszkańców, działa nawet teatr.
Okazuje się, że życie w gargantuicznym wężu może być ciekawe, a nawet inspirujące.
Antonina Kalnicka

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *