Aktualny numer

W krainie szklanych bombek

Szukając Fabryki Bombek Fogiel, mieszczącej się przy ulicy Kordeckiego 48, nie należy rozglądać się za halami czy wskazującymi drogę kominami. Nic takiego tu nie znajdziemy. Trzeba zadzwonić domofonem pod numer 1 i zejść po schodkach do piwnicy, bo tam właśnie znajduje się to magiczne miejsce produkcji szklanych cudeniek na choinkę.
Otwieramy drzwi i wchodzimy do świata bombek okrąg-
łych i podłużnych, gładkich i dekorowanych, jednobarwnych i kolorowych, małych i dużych, o wymiarach od 30 do 150 mm, bombek formowych o różnych kształtach. Znajdziemy tu krasnale, mikołaje, śnieżynki, samochodziki, wieże Eiffla, dzwoneczki, szyszki, grzybki i co tam kto chce. A na specjalne zamówienia powstają w grochowskiej fabryczce bombki z logo firm. Jak te z warszawską Syrenką, wiszące na choince na placu Zamkowym.

Stolarz, muzyk,
pilot wycieczek
– Mój dziadek, Jan Fogiel, kuzyn Mieczysława Fogga, był przedwojennym stolarzem. W 1946 roku wybudował tę kamienicę i tu, gdzie dzisiaj produkujemy bombki, był warsztat stolarski. Miał smykałkę do interesów. Po wojnie parał się różnymi zajęciami – produkował meble antyczne, zakładał warsztaty samochodowe, kupował nieruchomości. Któregoś dnia kolega namówił dziadka do założenia firmy… produkującej bombki. Kolega nazywał się Dobrowolski, miał pomysł i wiedzę, był ekspertem, a dziadek miał pieniądze. Spółka udała się – opowiada Paweł Fogiel.
W 1948 r. ksiądz wyświęcił zakład bombkarski.
Jednym z siedmiorga dzieci dziadka był syn, Jerzy Fogiel, znakomity muzyk perkusista. I to dobry perkusista, skoro grał z Michałem Urbaniakiem, Urszulą Dudziak, Zbyszkiem Namysłowskim, występował na Jazz Jamboree. Wydawało się, że na zawsze poświęci się jazzowi. Życie jednak postawiło go przed koniecznością wyboru dalszej drogi. Gdy zmarł jego ojciec, trzeba było podjąć decyzję – albo zamknie się lub sprzeda firmę, albo pan Jerzy zrezygnuje z kariery muzyka i będzie dalej prowadził zakład. Sprzedać fabryczki nie chcieli, bo do własnej kamienicy musieliby wprowadzić obcą osobę. Decyzja była jasna – kontynuujemy. W dzień pan Jerzy dmuchał w szkło, wieczorami grywał jazz.
Ponieważ w tej rodzinie nic nie jest oczywiste, syn Jerzego, Paweł, jest z zawodu pilotem wycieczek zagranicznych. Gdy jednak skończył studia hotelarskie, ojciec powiedział mu: „chcesz utrzymać rodzinę, weź się do porządnej roboty” i nauczył go dmuchać szkło. I tak wraz z żoną Wiesławą, która z kolei jest z zawodu piekarzem, pan Paweł prowadzi od 1986 r. rodzinną firmę. W tej chwili Fabryka Bombek Fogiel jest najstarszą w Polsce firmą produkującą bombki i jedyną taką w Warszawie.
W ogniu
Produkcja bombki to prawdziwa magia. Dmuchacz bierze rurę ze szkła sodowego o średnicy 26 lub 18 mm i w ogniu palnika o temperaturze 900° C
wyciąga ciekłe szkło, które przyjmuje postać długiego ogonka. A potem delikatnie wydmuchuje bombkę ze szkła.
– Szkło trzeba czuć, ręka cały czas prowadzi, chodzi tak jak ogień. Ważne jest idealne nagrzanie szkła w każdym miejscu – tłumaczy pani Wiesława, kiedy przyglądamy się pracy pana Pawła. Wydmuchiwanie zajmuje około minuty. Potem bombka idzie do srebrzenia w azotanie srebra i nadaje jej się kolor przez moczenie w odpowiednich lakierach – matowych, opalowych, błyszczących lub mrozowych. Po suszeniu, które trwa 24 godziny, bombki są gotowe do ozdabiania. Aby bombka była okrągła, wystarczy wydmuchanie jej ze szkła. Jeśli jednak chcemy, żeby miała inny kształt, należy użyć specjalnych form. Te są najpierw rzeźbione w gipsie, a potem odlewane w hucie przez specjalizujących się w tym odlewaczy.
Malowanie
Pani Wiesława zajmuje się dekoracją. W tej branży, jak wszędzie, obowiązują mody.
– Każdego roku w styczniu we Frankfurcie odbywają się targi bombkarskie. Tam są wyznaczane i prezentowane nowe trendy. Jeździmy i podpatrujemy – zdradza Wiesława Fogiel.
Ponieważ jedynym w tej chwili klientem Fabryki Bombek Fogiel są Stany Zjednoczone, najczęściej dekoruje się bombki według projektów Amerykanów. Gdy im się spodoba jakiś wzór, zamawiają olbrzymie ilości, po 50 tys. lub więcej. A gust mają specyficzny – im więcej ozdób, tym lepiej. Amerykański wiceprezydent Dick Cheney zamówił na przykład bombki w kształcie swojego domu. Zdarza się jednak, że państwo Fogiel proponują jakiś własny, oryginalny wzór i jest on akceptowany. Wiszące w pracowni podziękowania przypominają też, że w 1979 r., gdy polski papież Jan Paweł II obchodził swoje pierwsze święta w Watykanie, zrobili dla niego bombki ze znakiem papieskim.


Pani Wiesława najbardziej lubi wzory kwiatowe, bo można je malować z fantazją. Dla mnie najpiękniejsze są, najmodniejsze w tym roku, przezroczyste bombki z białym wzorem haftu richelieu.
– Są wzory łatwiejsze i trudniejsze, bombki wielokolorowe, gdzie każdy kolor trzeba nakładać pojedynczo, albo jednobarwne. W zależności od tego można dziennie ozdobić 60 – 150 bombek – tłumaczy pani Wiesława.
Produkcja trwa cały rok, szczyt sezonu to maj i czerwiec, bo w lipcu, sierpniu i wrześniu towar musi zostać wysłany do USA. Zajęcia jest dużo, bo też rąk do pracy nie za wiele – Fogielowie, dwie chałupniczki zajmujące się dekorowaniem i jeden emeryt – dmuchacz.
Trudno powiedzieć, co będzie dalej. Czy firmę przejmie któraś z córek Pawła i Wiesi (obie są fryzjerkami), czy z rynku wypchną ich Chińczycy, którzy robią tanie plastikowe dekoracje?
Niezależnie od tego między październikiem a świętami w fabryczce na Grochowie organizowane są pokazy oraz warsztaty dla dzieci i dorosłych. A potem właściciele przygotowują się do pokazów produkcji i malowania szklanych jajek wielkanocnych. Warsztaty cieszą się ogromnym powodzeniem, przyjeżdżają przedszkolaki i grupy z Ciechanowa, Siedlec, Przemyśla, Wilna i Paryża, bo nie ma większej przyjemności niż pomalować bombkę własnoręcznie, według własnej fantazji i powiesić ją na choince. Każdy chciałby mieć taką.
Anna Lenar

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *