Aktualny numer

Saska trzech pokoleń (1)

O swoich rodzicach – Stanisławie Sikorze, wybitnym rzeźbiarzu i medalierze, jego żonie Irenie, o życiu na Saskiej Kępie oraz pracowni, która przeszła w ręce Mateusza, wnuka Stanislawa, również rzeźbiarza, opowiada Tomasz Sikora, ceniony polski fotograf.
Chętnie opowiem o tym, co się działo na Saskiej Kępie. Miałem tutaj piękne dzieciństwo. Tu zrobiłem swoje pierwsze zdjęcia aparatem marki Druh. Tutaj mieściła się pracownia mojego ojca – Stanisława Sikory, w której teraz zagnieździł się mój syn Mateusz i jego dziewczyna, malarka, Sylwia Mańko. Mieszkam w Śródmieściu, ale sentyment i wspomnienia pozostały.
Opowieść otworzę zdjęciem, na którym są trzy pokolenia artystów: mój ojciec Stanisław, ja (jeszcze z dredami) i mój syn Mateusz. Zdjęcie zrobiłem w pracowni ojca przy ulicy Obrońców w 1987 r. To magiczne miejsce. Rzeźba na rzeźbie, gęsto od rzeczy, projekt pomnika Piłsudskiego, głowa Karola Beyera, pierwszego fotografa Warszawy, który już w 1845 roku otworzył pierwszy stały zakład dagerotypowy, stół z imadłem, szlifierka, czajnik, kuchenka, radio, telefon, plakaty, szafa, a na niej rzeźba głowy mojej siostry Anny… 50 metrów kw. – jedno pomieszczenie i taki mały pokoik, gdzie tata trzymał medale i inne potrzebne mu rzeczy. Sfotografowałem spuściznę ojca i jego pracownię, której wyposażenie przeniosłem i odtworzyłem (wraz z żoną i synem) w Muzeum w Żywcu.
Rodzice
Mój tata pochodził z gór, urodził się w Stryszawie, w małej wsi pod Suchą Beskidzką, a mama, Irena, była ze Lwowa. Skończyła tam szkołę zdobniczą. Postanowili przyjechać na studia do Warszawy. Ojciec ukończył Akademię Sztuk Pięknych jeszcze przed wojną. Poznali się na zimowym obozie studenckim. Zakochali się w sobie. Pobrali się w czasie wojny w małym kościółku w Zawoi, niedaleko rodzinnej wsi ojca. Tam spędzili wojnę. Tam też przyszli na świat moja o 8 lat starsza siostra Ania i o 2 lata starszy brat Marek. Potem rodzina przeprowadziła się do stolicy.
Tata już nie żyje. Miałby teraz 107 lat, ale i tak żył długo, bo 89 lat.
Powojenna Saska Kępa
Ja urodziłem się w Warszawie w roku 1948 i całe dzieciństwo spędziłem na Saskiej Kępie. Dzielnica nie była gruzowiskiem, tak jak śródmieście. Stały tu jeszcze przedwojenne domy, budowano też nowe kamienice i my zamieszkaliśmy w jednej z nich przy ulicy Saskiej 54. Kilka osób wspólnie zbudowało dom, który po kilku latach odebrała im władza ludowa. Pozostawiono ich jednak w mieszkaniach, a w latach 70. można było je wykupić.
Całe dnie spędzaliśmy na dworze. W ogóle nie było żadnego życia w domu, gdzie panowała ciasnota: mieszkała z nami babcia, opiekunka, rodzice i troje dzieci, czyli siedem osób w dwóch pokojach z kuchnią. A do tego: pies, kot, żółw, rybki akwariowe i ptaki, które do nas przyfruwały, bo je karmiliśmy. Żadne z nas nie miało swojego pokoju. Dorośli spali w jednym pokoju, my w drugim. Każdy miał swój malutki kącik, a lekcje odrabiało się na jednym stole, po kolei, jak najszybciej, by dać dyla na dwór. Cały czas byliśmy na świeżym powietrzu. Bawiliśmy się w parku Skaryszewskim. Tata nam kupił rowery, więc robiliśmy tam wyścigi. Ja miałem jakiś czeski rower, taką damkę, żeby mi było łatwo wchodzić. Pamiętam też podchody, zabawy w Indian Apaczy, cały czas kopaliśmy piłkę.
Nie mieliśmy żadnych zabawek, szaf, mielismy mało ubrań, jedną parę butów na daną porę roku. Zimą – zimowe, latem – letnie albo biegaliśmy na bosaka.
Ale miałem długie, fajne i beztroskie dzieciństwo! Poczucie wolności – kapitalne.
Nasz świat to była nasza dzielnica: dom i pola, które ciągnęły się za nim, pracownia ojca, kościół i budynek, gdzie uczyliśmy się katechizmu, park Skaryszewski, ogródek jordanowski (w naszych czasach były tam tylko ze trzy huśtawki), szkoła, a na szkolnym boisku jedna rozwalona bramka i pobliskie ulice: Saska, Zwycięzców, Styki, Obrońców, Francuska, rondo Waszyngtona… Wtedy był absolutny podział na dzielnice. Nikt nie wychylał nosa spoza swojej. Jak nas czasami ojciec wziął
1 maja na pochód pod Pałac Kultury, żeby pokazać górników czy żołnierzy, to była atrakcja. Wszystko co ważne działo się jednak tutaj. Wiele lat później zawiązało się w naszej dzielnicy wiele małżeństw, z jednej szkoły czy klasy. Ja mam żonę z mojej klasy, a jej brat ożenił się z dziewczyną z jego klasy.
Za domem, na rogu Saskiej i Zwycięzców, rosły topole, dalej były już tylko pola, które ciągnęły się aż do sportowego lotniska Gocław. Latały tam dwupłatowe samoloty, które wyciągały w górę szybowce. I my, chłopaki, biegaliśmy na to lotnisko. Na czworakach przechodziliśmy przez wał i w tych krzaczorach pełzaliśmy po ziemi (to już był teren lotniska i robiło się niebezpiecznie), ale chcieliśmy być jak najbliżej, tak by maszyny krążyły nad nami. Gdy niedaleko zaczęto budować stację krwiodawstwa, przez dwa lata mieliśmy kapitalne miejsce na podchody, stróż przymykał oko, gdy biegaliśmy po budowie. Było tam dużo odpadów z budowy – patyki, listwy, dykty – z tego paliliśmy ogniska.
Blisko domu były pola kapusty, chodziłem za chłopem, który orał ziemię i zbierałem
dżdżownice do blaszanego pudełka po sardynkach. Zaniosłem je do domu, by je nakarmić. Skąd mogłem wiedzieć, że nie jedzą chleba? Któregoś razu roz-
pełzły się po mieszkaniu. Gdy tata wstał rano, to się na nich przejechał i wywinął orła. Chodziliśmy po krzakach, gdzie były pająki krzyżaki, kładliśmy je na ręce, by po nas chodziły.
Nasz dom stał vis-à-vis kościoła Matki Bożej Nieustającej Pomocy na Nobla. Obok kościoła była ścieżka (teraz jest chodnik). Zawsze patrzyłem przez okno, jak moja mama szła tędy do miasta, czyli na ulicę Francuską, a za nią biegł nasz czarny kot Mizia. Gdy się oglądała, kot się chował. Wiedział, że mu nie wolno za nią iść.
Pracownia przy Obrońców i Picasso
Z naszego domu do pracowni szło się ścieżką wzdłuż kościoła, skręcało się w prawo w ulicę Nobla, potem w lewo w Obrońców, mijało się ulicę Jana Styki i tuż przed Królowej Aldony, na rogu Aldony i Obrońców, była pracownia taty. Jakieś 300–400 metrów od domu. W budynku przy Obrońców 28/30 mieściło się kilka pracowni artystycznych, między innymi rzeźbiarska taty, pracownia litografii, druga rzeźbiarska Stefana Momota, a na dole, w piwnicy gisernia (czyli odlewnia brązu) oraz stolarz, do którego uwielbiałem chodzić, bo u niego był zapach drewna jak w tartaku. Z kolei u gisera był piec i wysoka temperatura. Patrzyłem, jak wkładał do niego medale. Teraz oba te pomieszczenia są puste, niezagospodarowane. W budynku zostały dwie pracownie: mojego syna i litografii, która należy do ASP. Reszta to mieszkania prywatne.
Poza zabawą ważne były dla mnie właśnie te wizyty w pracowniach. Mama miała przez jakieś dwa lata pracownię na Francuskiej, w której malowała kilka dużych obrazów, bo zazwyczaj malowała małe obrazy, martwe natury. Byłem zauroczony tym, że mama tworzy, tym miejscem, zapachem oleju, farbami, atmosferą. A do ojca przychodziłem, bo mi pozwalał zraszać wodą glinę, którą trzymał w skrzyni, by masa była miękka i nie wyschła. Miałem stałe zajęcie, a to odpowiedzialność dla dziecka,. Tata dawał mi kawałki gliny, mogłem lepić różne formy, ale nie byłem w tym biegły.
Ten budynek jest dość znany, ponieważ w 1948 roku, gdy Pablo Picasso przyjechał do Polski, Związek Artystów Plastyków postanowił go sprowadzić właśnie tutaj, do artystów. Wielki malarz przyjechał na Pierwszy Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju do Wrocławia, a potem odwiedził Warszawę. Picasso został zaproszony ze względu na swoje komunizujące poglądy. Tata opowiadał mi, że gdy ludzie się dowiedzieli, że odwiedzi ich Picasso, byli szczęśliwi i przerażeni: jak my się z nim dogadamy? Nikt z nich nie znał żadnego obcego języka – ani on, ani oni. Któryś z nich powiedział: „Co za problem? Wynieśmy kilka stołów na zewnątrz, do ogrodu. Pokryjemy je szarym papierem, postawimy z 15 półlitrówek wódki i się dogadamy”. Tak się stało. Podobno było fantastycznie. Do dziś wisi tam pamiątkowa tablica.
Czy ktoś pamięta Frisco?
Ponieważ było tu sporo pracowni artystów, Saska Kępa była z lekka dekadencka. Artyści przesiadywali w kawiarniach. Pod koniec lat 50. i w latach 60. w mojej okolicy na Saskiej Kępie były trzy kawiarnie. Małe bistro na Paryskiej (dzisiejsza Rucola), o którym śpiewała Sława Przybylska, Cafe Sułtan (dzisiaj to Maska) przy ul. Obrońców, po drodze do naszej szkoły, gdzie siedzieli starsi uczniowie, młodzi gniewni i „bananowa młodzież” z lepiej sytuowanych rodzin. Palili papierosy, popijali winko. Omijałem ją łukiem, bo nie interesowało mnie ani palenie papierosów, ani picie kawy. Dorosłość była jeszcze daleko przed mną.
Była też trzecia kawiarnia
– Frisco, albo Frisko, na rogu ulic Francuskiej i Walecznych, o której dzisiaj nikt nic nie wie. Nie mogę znaleźć żadnych dokumentów, rysunków, fotografii (wtedy prawie nikt nie miał aparatu, ale tam przychodzili przecież ludzie, którzy cały czas rysowali i dziwne, że nie zachowały się żadne ślady). Jedynie rysunki mojej mamy na kawiarnianych serwetkach… To był mały pawilon wybudowany wokół rosnącego drzewa, którego nie ścięto. Przychodziło tam wielu ludzi, znanych i mniej znanych – artystów, poetów, malarzy, wielu znajomych ojca, bywał też Jerzy Waldorff, który mieszkał na Saskiej Kępie. Popijali koniaczek, rysowali i rozmawiali w oparach dymu papierosowego na lekkim rauszu.
Mama i tata też przesiadywali w tej kawiarni. Przychodziłem do nich, byłem szczęśliwy, że mogę tam poobserwować ludzi, może też rysowałem, nie pamiętam. Pamiętam wydarzenie, które dla dziecka było niesamowite: pewnego razu wszedł do kawiarni kompletnie pijany facet, zobaczył drzewo i się pod nim wysikał. Wszyscy pękali ze śmiechu, nikt się nie obraził. Tacy to byli ludzie.
To miejsce zostało szybko zlikwidowane przez władzę ludową, jeszcze w latach 60., bo stało się niebezpieczne dla systemu. Teraz tam jest francuski bank. Po Frisco nie ma śladu…
Wysłuchała
Małgorzata Purzyńska

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *