Miejsca i ludzie

Nie tylko Lubelska…

W sobotę, 24 czerwca 2017 r., odbyło się kolejne lokalne święto ulicy Skaryszewskiej. W tym roku było ono poświęcone historii położonych przy tej ulicy domów, które obchodzą 80 lat istnienia. Poprosiliśmy o rozmowę jednego z twórców festynu, Dariusza Kunowskiego – aktora i scenografa, założyciela Sceny Lubelska 30/32, laureata nagrody Kamień Kamionka w tegorocznej V edycji konkursu.
Panie Darku, jak się Pan znalazł na Kamionku?
Na warszawską Akademię Sztuk Pięknych przyjechałem z Bielska Białej. W trakcie studiów przeniosłem się z wydziału architektury wnętrz na scenografię. Zaraziłem się bakcylem teatru, pracując jako scenograf w teatrach warszawskich i w telewizji. Warszawa stopniowo stawała się moim miastem. Szukając w niej swojego miejsca, wędrowałem. Mieszkałem na Żoliborzu, trochę na Rakowcu i w Śródmieściu. W końcu znalazłem nieduże mieszkanko na Pradze przy ul. Konopackiej. Pracując dla teatru odkrywałem w sobie potrzebę robienia własnych dzieł. Pomału wchodziłem w obszar teatru autorskiego, współpracując z Romanem Woźniakiem, z Teatrem Academia, potem z DK Dorożkarnia, gdzie stworzyłem własną grupę aktorską i szukałem swojego języka wypowiedzi.
Coraz bardziej zbliżał się Pan do Kamionka…
Z grupą artystów dowiedzieliśmy się, że jest taka przestrzeń przy Lubelskiej, dawna opuszczona szwalnia. Burmistrz chciał, aby to miejsce stało się aktywne i ciekawe artystycznie. Warunek był jeden – mogliśmy to pozyskać nie indywidualnie, ale tylko wspólnie, więc założyliśmy Stowarzyszenie Twórcze Lubelska 30/32. Udostępniono nam pracownie. Ja swoją przekształciłem w miejsce warsztatowo-teatralne, w taki mały teatr, którego oficjalna nazwa brzmi Scena Lubelska 30/32. I tu zacząłem zgłębiać historię Pragi i Kamionka. Z tego narodził się pierwszy spektakl o przedwojennej Warszawie, śpiewogra ,,Czarna Mańka, królowa przedmieścia”. Z grupą przyjaciół tancerzy i muzyków spotykaliśmy się z ludźmi, którzy pamiętali jak kiedyś Warszawa się bawiła. Pokazywali, jak się tańczyło i śpiewało, przybliżali tamtą atmosferę – tańców na dechach, zabaw na podwórkach, wypadów statkiem na Bielany. Sprawa ruszyła, gdy usłyszałem balladę Grzesiuka ,,Czarna Mańka” i pomyślałem, że to praska „Carmen”. Powstała osadzona w klimacie przedwojennej Warszawy sztuka jak z ballady, opowiadająca historię miłości dziewczyny spod latarni do herszta opryszków.
Zrobiliście też uliczne przedstawienie kukiełkowe ,,Wiech na 102”.
Kiedyś w Warszawie byli tzw. „hecarze”, artyści chodzący po podwórkach, gdzie pokazywali różne akcje, także cyrkowe, były śpiewy , tańce i teatrzyk kukiełkowy. Wybrałem kilka felietonów Stefana „Wiecha” Wiecheckiego, „Homera” warszawskiej ulicy, dodałem do tego kukiełki własnej roboty, zaprosiłem dwójkę aktorów, muzyka i zaczęliśmy. Schodziliśmy Kamionek i inne rejony Pragi. A gdy sezon się skończył i zrobiło się chłodno, ulokowaliśmy się w kawiarniach. Tu do kukiełek dodaliśmy skecze, więcej muzyki i treści bardziej dla dorosłych. Na ulicy musieliśmy się liczyć z dziecięcym odbiorcą. Z Wiechem funkcjonujemy do dziś, czyli już niemal dziesięć lat. Niedawno mieliśmy doświadczenie z ,,Wiechem po żydowsku” – na podstawie mniej znanych felietonów o licznej grupie mieszkańców Warszawy wyznania mojżeszowego. Można je było obejrzeć 24 czerwca na Festynie ulicy Skaryszewskiej.
A co możemy obejrzeć na Lubelskiej?
Najświeższym spektaklem jest ,,Róża ze Skaryszewskiej”. Pani Róża Karwecka, 70-letnia mieszkanka kamienicy przy Skaryszewskiej 10, w ogóle otworzyła w moim życiu nową kartę. Znamy się od sześciu lat i mocno razem działamy, robiąc festyny tutaj na Skaryszewskiej, podejmując inne działania natury artystyczno-społecznej. A zaczęło się to tak, że mieszkańcy Skaryszewskiej 10 chcieli urządzić sobie święto domu, wznowić starą tradycję. Poszliśmy tam z Lubelskiej z fragmentami nagranego spektaklu ,,Czarna Mańka, królowa przedmieścia”. To zaciekawiło ludzi, którzy w zamian zaczęli nam opowiadać swoje historie, wspominając rodziców, własną przeszłość. Wśród wspominających pojawiła się też pani Róża…
Słyszałam też o Pańskiej innej niż teatralna pracy. Np. o wkładzie w Muzeum Powstania Warszawskiego.
Mam w życiu wiele ścieżek. Jedną z nich jest tworzenie wystaw. Ponieważ z zawodu jestem scenografem, potrafię stworzyć inscenizację lub aranżację natury edukacyjnej. To mnie zawsze wciągało: wystawa jako nie tylko pokazanie przedmiotu, ale jego oprawa ze scenografią, aranżacją, dodatkiem filmu, nagrań. Jednym z moich głównych tego typu dzieł jest Muzeum Powstania Warszawskiego.
To wielka rzecz. Gdy weszłam tam po raz pierwszy i pod stopami ujrzałam postaci przemykające kanałem, jeden powstaniec na mnie popatrzył. Ciarki…
Może to byłem ja.
Jak to Pan?
Nagrywałem ten film w Domu Kultury „Dorożkarnia” z grupą młodych rekonstruktorów powstania. Mieli na sobie mundury. Między nimi przewijały się postacie współczesne, także ja tam przechodziłem. Idea była taka, że powstańcy tamtych czasów to też my – tu i teraz.
I to się doskonale udało! Nastolatkowie lat 90. to podchwycili, utożsamili się ze swoimi rówieśnikami z tamtego czasu. Umawiali się na spotkania w ogrodzie muzeum…
Zrobiłem Muzeum z dwoma kolegami ze studiów: Mirosławem Nizio i Jarosławem Kłaputem. Razem wykonaliśmy wcześniej w czasie studiów na ASP projekt pod klasztorem jasnogórskim na tysiąclecie kościoła grekokatolickiego i gdy wypadło nam robić Muzeum Powstania, byliśmy już zgrani. Startując w konkursie wahaliśmy się, czy zrobić coś poprawnego politycznie i grzecznego, czy też zaryzykować i oprzeć się na najlepszych światowych wzorcach – jak Muzeum Wojny w Londynie, muzea w Waszyngtonie, czy Izraelu, gdzie jest efekt symultaniczności mediów z obiektem, z niewielką ale wysmakowaną treścią opisową i żeby to miało jeszcze charakter emocjonalny przemawiający do każdego odbiorcy. Tak żeby odwiedzający poczuwał się do współobecności. Pomysł wstępny był taki, że ma to wyglądać jak labirynt miasta w pułapce, w trakcie erupcji, zniszczenia. I opowiadać nie tylko o tym, co działo się na barykadach, ale też o tym, co działo się w piwnicach, w obszarze cywilnym.
Kolejny pomysł, mój i Jarosława Kłaputa, zrealizowaliśmy w Muzeum Sportu i Turystyki, gdzie opowiadamy o polskich olimpijczykach. Zadaniem było ciekawie zaprezentować polski sport na niewielkiej przestrzeni. Muzeum miało mnóstwo artefaktów związanych ze sportem. Stwierdziliśmy jednak, że trzeba odejść od tych przedmiotów, a zająć się bardziej olimpijczykiem – człowiekiem, który może być wzorem dla młodych. Dlatego odwiedzający wędruje „przez dyscypliny sportowe”, które dla polskiego olimpizmu są ważne, dowiaduje się, co działo się z Kozakiewiczem w Moskwie, o sukcesach Ireny Szewińskiej, o grze naszej reprezentacji na Wembley… To też warto zobaczyć.
A czy teraz pracuje pan nad jakimś większym dziełem?
Tak, z Jarkiem Kłaputem pracujemy w Muzeum Azji i Pacyfiku, gdzie realizacja pomysłu jest rozłożona na wiele lat. Mamy zrobione dwa fragmenty: przestrzeń audiowizualną, która opowiada o muzyce Orientu, prezentując przy tym bogatą kolekcję instrumentów, oraz ekspozycję czasową, gdzie pokazuje się ciekawe obiekty z Indonezji, np. maski balijskie.
Wielka różnorodność w tej pana pracy, wielka przygoda…
Mam w dorobku też pracę w Muzeum Literatury, gdzie zrobiłem wiele wystaw czasowych, m.in. o twórczości Tuwima czy Tyrmanda. ,,Zemstę” Fredry połączłem z eksponatami z filmu Wajdy.
Lecz jest w moim życiu jeszcze jedna wciągająca ścieżka – edukacyjna. Od dziewiętnastu lat pracuję w szkołach, działających przy Stowarzyszeniu Kultury i Edukacji, gdzie z dziećmi w różnym wieku realizuję przedstawienia teatralne. W tym roku przygotowaliśmy spektakl w oparciu o twórczość Ronalda Dhala – ,,Jakubek i Brzoskwinka Olbrzymka”. Jego premiera odbyła się 21 czerwca w teatrze ,TrzyRzecze na ul. Suzina, dawnym kinie Tęcza. W czasie tych lat pracy z dziećmi razem z panią Beatą Chwedorzewską zrobiliśmy już teatralnie prawie całą klasykę dziecięcą począwszy od Pinokia, Muminków, poprzez Kubusia Puchatka, Koziołka Matołka, smoka wawelskiego, czy baśnie warszawskie. Jest to autorski program działań teatralnych z dziećmi  wprowadzony na stałe w program edukacyjny szkoły. Jest więc i teatr pacynkowy, lalkowy, potem wchodzimy w żywy plan, operujemy przedmiotem teatralnym, czasami sięgamy w rejony filmowe, robiąc pomysły związane z komentarzem do literatury poprzez film — tak zrobiliśmy ,,80 dni dookoła świata”. Teatr jest dla mnie rodzajem holistycznej edukacji, czyli, że nie dotykamy w nim tylko jednego problemu. Jest zapalnikiem do spojrzenia na problem z różnych stron jednocześnie gdy każde działanie na scenie niesie ze sobą mnóstwo pytań – skąd się tu wziąłem, co ja tu robię np. kim był ten Hamlet, dlaczego tak cierpiał, co się działo w jego czasie, że on w ogóle zaistniał, kto to  był Szekspir? Itd…
Panie Dariuszu, dziękuję za rozmowę, życzę więcej niezapomnianych chwil z dziećmi, udanych dzieł wystawienniczych, no i niechaj kwitnie i rozwija się Scena Lubelska!
Rozmawiała:
Dorota Lamcha

Czytaj również:

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *