Publicystyka

Wioska Galów

„Problemy świata są zbyt skomplikowane, żeby mogły sobie z nimi poradzić państwa narodowe. Samorządy potrafią to lepiej, a światowa współpraca burmistrzów to przyszłość globu”, napisał zmarły niedawno Benjamin Barber, amerykański filozof i politolog, doradca prezydenta Billa Clintona. W zasadzie zgadzam się z nim, nawet jeżeli jego stwierdzenie jest nieco przerysowane i sformułowane na wyrost.
27 maja 1990 r. odbyły się pierwsze, w pełni wolne i demokratyczne wybory samorządowe w powojennej Polsce. Sprawiły one, że mieszkańcy znowu mogli decydować o tym, co najważniejsze dla ich lokalnej społeczności. Dzisiaj, gdy rządzące PiS próbuje nam tę samorządność odebrać, na przykład narzucając Warszawie wizję stołecznej metropolii bez konsultacji z mieszkańcami, warto zastanowić się nad ideałami samorządności i demokracji lokalnej.

Dla pełnej władzy
Mamy w naszym kraju prawie 2,5 tys. gmin, którymi w większości zarządzają autentyczni i sprawdzeni liderzy lokalnych społeczności. Dzięki temu miasta i wsie rozwijają się, co widzi każdy podróżujący przez nasz kraj. Trzeba wiele złej woli, żeby posługując się nielicznymi, patologicznymi przykładami funkcjonowania układu lokalnych elit, oskarżać pozostałych samorządowców o sprzeniewierzenie się ideałom służby lokalnym społecznościom. Chyba że spór rządzących z samorządem lokalnym jest kolejnym, zaplanowanym fragmentem wojny o pełną władzę, nie przewidującej pozostawienia nawet cząstki niezależności jakiejkolwiek strukturze czy społeczności. Według takiej logiki finał może być tylko jeden: całkowity demontaż państwa prawa, a więc i pełne ubezwłasnowolnienie samorządu lokalnego.
Widać wyraźnie, że po dokonaniu skutecznego zamachu na Trybunał Konstytucyjny, po zlikwidowaniu gimnazjów i spowodowaniu gigantycznego chaosu w edukacji, po „lex-Szyszko”, po wielu kompromitacjach w rodzaju „Misiewiczów”, gdy tylko minister sprawiedliwości dokończy „deformę” sądownictwa, kolejnym celem stanie się okiełznanie samorządu terytorialnego, jako ostatniego bastionu demokratycznych zasad. Potem ma być już tylko „dobrze”, a państwo będzie jak nowe?!
Batalię, mającą na celu zohydzenie mieszkańcom samorządu lokalnego, PiS prowadzi wielotorowo. Na naszym, stołecznym i dzielnicowym podwórku widać to wyraźnie. Pomysły z gatunku „lex Sasin”, pseudo konsultacje metropolitalne, utrącenie inicjatywy PO, zmierzającej do uchwalenia ustawy reprywatyzacyjnej dla stolicy, lekką ręką rzucane oskarżenia pod adresem pani prezydent i jej zastępców – to tylko ostatnie, duże operacje, jakie w tej batalii przeprowadziło PiS.
To „wojenne” wzmożenie tak rozochociło jednego z radnych PiS z Rady Dzielnicy Praga-Południe, że, powołując się na „pozyskaną” wiedzę o nastrojach społecznych, stwierdził na jednej z sesji: „Mieszkańcy nie ufają władzy, która przez ostatnie 8-12 lat w Warszawie, mówiąc wprost, a odpowiadam za swoje słowa, współdziałała w przestępczym procederze”. Nic dla niego nie znaczy, że to mieszkańcy zdefiniowali swoje zaufanie w wyborach. Nie zająknął się, bo jego słowa idealnie wpisują się w strategię totalnej negacji dokonań samorządu lokalnego i kreują obraz „Pragi-Południe w ruinie”. Są też jednoznacznym sygnałem dla wszystkich, którym samorząd jest bliski, że PiS nie zawaha się sięgnąć po każde rozwiązanie w dążeniu do opanowania lub rozbicia samorządu i domknięcia procesu budowy państwa „dobrej zmiany”.

Metropolia do szuflady
Pod koniec kwietnia poseł PiS Jacek Sasin, pomysłodawca powiększenia stolicy o kilkadziesiąt ościennych gmin, oznajmił na konferencji w Sejmie: „Mamy już pewien ogląd, przekonanie, że ten projekt budzi bardzo duże emocje. Było wiele pytań, uwag, to przekonało nas, że projekt ustawy powinien być wycofany z Sejmu”. Co zakładał projekt PiS, dotyczący metropolii warszawskiej, który po niesławnym falstarcie posła, marzącego o urzędzie prezydenta Warszawy, kazano mu schować do szuflady?
Przypomnijmy – miasto stołeczne Warszawa, jako jednostka samorządu terytorialnego o charakterze metropolitalnym, miało objąć ponad 30 gmin. Projekt trafił do Sejmu bez jakichkolwiek konsultacji z mieszkańcami, samorządowcami czy ekspertami od samorządu terytorialnego. Nikt nie zapytał mieszkańców stolicy ani sąsiadujących z Warszawą gmin, czy chcą takiego powiększenia miasta. Rada m.st. Warszawy ogłosiła na 26 marca referendum w stolicy, ale zablokował je obecny wojewoda mazowiecki. Stolica czeka, aż sąd administracyjny rozstrzygnie, czy wojewoda miał rację, uchylając uchwałę o referendum z powodów formalnych. „Chcemy wyjaśnić, czy rada miasta ma prawo pytać o zdanie mieszkańców w sprawach żywotnie istotnych dla samorządu”, powiedział  warszawski radny Jarosław Szostakowski (PO). Fatalny projekt skrytykowały wszystkie, poza PiS, partie polityczne, eksperci zajmujący się tematyką samorządów, a także Związek Miast Polskich i Unia Metropolii Polskich. Działacze PiS początkowo próbowali go bronić, przekonując, że to „punkt wyjścia do dyskusji”. Dyskutować jednak nie chcieli i nie mieli zamiaru. A poseł wnioskodawca, pan Sasin, który został wygwizdany na spotkaniu w Ożarowie Mazowieckim, konsekwentnie omijał wszystkie debaty poświęcone metropolii.
Poza tym projekt ustawy roił się od błędów, a najsłynniejszym było przeoczenie gminy Podkowa Leśna, którą zaczęto nazywać „wioską Galów otoczoną przez Imperium Rzymskie”, nawiązując do komiksu o Asteriksie. Autorzy projektu „zapomnieli” także o konieczności wskazania sposobów finansowania metropolii. Proponowali za to, co zdaje się jest w tej sprawie najistotniejsze dla PiS, wybór prezydenta Warszawy głosami mieszkańców podstołecznych miejscowości. Bo w stolicy partia rządząca przegrywa od kilkunastu lat, a „na prowincji” bywało różnie.
Swoje oburzenie zaczęły głośno wyrażać podstołeczne samorządy. W odpowiedzi politycy PiS-u powtarzali slogany o „rozbijaniu układów w samorządach”, obiecywali metropolię szczęśliwości i nawet lepszą i tańszą komunikację publiczną. Zabiegi te nie znalazły jednak posłuchu u mieszkańców podwarszawskich gmin.
Czarę goryczy dla pomysłodawców metropolii przepełniło już pierwsze referendum w Legionowie, w którym 94,27 proc. wyborców  opowiedziało się przeciw proponowanym zmianom.
To powinien być wyraźny sygnał dla władzy, że tak decydować o losach małych ojczyzn nie wolno. Pytanie tylko, czy PiS na pewno wycofało się z pomysłu na temat metropolii? Mamy być może do czynienia z cyniczną grą polityczną, w której doraźnie chodzi o obniżenie frekwencji w zaplanowanych przez wiele podstołecznych gmin referendach. W dłuższej perspektywie nie należy wykluczać powrotu metropolitalnego bubla.

Zajęcie dla obywateli
Prof. Jerzy Regulski, prezes Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, który od 1989 r. kierował pracami parlamentarnymi nad pakietem reformy samorządowej, mawiał: „Państwo powinno zająć się tym, czym musi. Tym, czym nie może, lepiej zajmie się obywatel”.
Ja też tak właśnie rozumiem samorząd i jego zadania. W wielu krajach europejskich dominuje tendencja przekazywania przez państwo coraz większych kompetencji i środków finansowych właśnie do samorządów. Taka polityka pozwala coraz lepiej rozwiązywać problemy lokalnych społeczności i podnosić jakość życia mieszkańców. Dzięki niej mamy także do czynienia z procesem utrzymującej się na wysokim poziomie popularności samorządowców. Nic dziwnego, bo samorządność to jedna z najmocniejszych stron polskiej transformacji.
Przed laty wyznaczyła ona kierunek naszych działań – decentralizację państwa. Osiągnęliśmy już wiele, ale jestem przekonany, że nadal należy pogłębiać ten proces. Jako Wiceprzewodniczący Sejmiku Województwa Mazowieckiego uczestniczę w wielu rozmowach o przyszłości i perspektywach samorządu. Uważam, że aktualny ustrój Warszawy generalnie sprawdza się. Należałoby jednak konsekwentnie dokończyć proces decentralizacji.
Można tego dokonać poprzez wyraźne wzmocnienie roli Rad i Zarządów Dzielnic. Powinny one swobodniej dysponować środkami budżetowymi. Kto, jak nie radni, wie najlepiej, czego najbardziej potrzebują ich wyborcy – mieszkańcy dzielnicy? Kto, jeśli nie społeczności lokalne i ich przedstawiciele, najlepiej rozdysponuje te środki?
Te dążenia mogą jednak okazać się nieosiągalne, kiedy skutecznie zablokuje je PiS. Obecnie rządzący, obok wpisanej w swój genotyp głębokiej niechęci do decentralizacji władzy, w coraz większym stopniu zmuszeni będą do wdrażania strategii oszczędności w budżecie.
Z lubością sięgną więc m.in. do metody obciążania samorządów w myśl zasady: decentralizujemy problemy, ale nie decentralizujemy finansów. Takim przykładem może być kwestia finansowania, albo raczej niedofinansowania, oświaty i przerzucenia odpowiedzialności na samorząd, a na drugim biegunie kwestia centralizacji Funduszy Ochrony Środowiska i Ośrodków Doradztwa Rolniczego.
Jednak większość samorządowców nie zamierza się poddać i zrobi wszystko, aby nie dopuścić do ubezwłasnowolnienia społeczności lokalnych.
Tomasz Kucharski
Burmistrz
Dzielnicy Praga-Południe

Czytaj również:

One comment

  1. Ciekaw jestem czy ktoś z PiS odniesie się do Pana politycznej oceny obecnej sytuacji? Widzę ,że zachęca Pan do debaty . I słusznie. Rozmawiajcie Państwo na argumenty , a my wyborcy to ocenimy.
    W pełni popieram Pana tezy dotyczące wzmocnienia samorządu lokalnego. Diagnoza problemu i kierunki zmian są słuszne. Mam jednak pytanie . Kilka lat temu zgłaszałem na sesji Rady Dzielnicy konieczność rozpoczęcia prac nad zmianami w statucie Dzielnicy idących w kierunku o którym Pan pisze tj. wzmocnienia Rad i Zarządów dzielnic . Czy od tamtej pory nasi radni podjęli w tym kierunku jakieś konkretne działania? Będę wdzięczny za informację o tych inicjatywach i ich losie .

Odpowiedz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *